Dzienniczek - grudzien 2013 r.



JEZUS CHRYSTUS JEST KRÓLEM POLSKI!!!
                                                                                                             

 


-szukam-



 

Ks. Grzegorz Szamocki

Data narodzenia

Jezusa Chrystusa


W 525 r., pochodzący z rzymskiej prowincji Scytia Mniejsza (dzisiejsza Rumunia), mnich Dionizy Mały (Dionysius Exiguus)
, który żył w Rzymie prawdopodobnie w latach 496-545, dał początek powszechnemu po dzień dzisiejszy liczeniu lat od narodzin Jezusa Chrystusa. Dionizy ustalił datę narodzenia Jezusa na 753 r. od założenia Rzymu (25 grudnia), a 754 r. uznał za 1
,,Rok Pański",
czyli pierwszy rok ery chrześcijańskiej, dzisiaj zwanej niekiedy naszą erą lub erą dionizyjską.


Dziś wiadomo, że Dionizy pomylił się w swoich obliczeniach, i że Jezus urodził się kilka lat wcześniej. Rok nazywany rokiem l. traktujemy, więc jako umowny początek kalendarza. Pozostaje jednak problem daty narodzenia Jezusa.

Powszechny pogląd a świadectwa pisarzy wczesnochrześcijańskich



Najpopularniejsza jest dziś opinia umiejscawiająca narodzenie Jezusa w 7/6 r. p.n.e. Głównym argumentem takiej datacji są informacje .



Mówienie "przed naszą erą" jest w tym przypadku chyba zręczniejsze niż "przed Chrystusem". Za 7/6 r., jako datą najbardziej prawdopodobną, opowiadają się np. J. Homerski, Ewangelia według św. Mateusza. Wstęp -przekład z oryginału -komentarz Pismo Święte Nowego Testamentu, III, l, Poznań 1979, s. 85;


Mnich Dionizy nie był pierwszym, który chciał podać datę narodzenia Jezusa. Wyprzedzili go niektórzy pisarze chrześcijańscy z II-IV w. Ich świadectwa w interesującej nas kwestii mogą zaskakiwać. Reprezentują oni różne części ówczesnego Kościoła (np. Ireneusz -Lyon, Hipolit -Rzym, Tertulian -Afryka, Klemens i Orygenes -Aleksandria, Euzebiusz -Cezarea, Epifaniusz -Salamina), jednak odnośnie do daty narodzenia Jezusa wykazują zadziwiającą jednomyślność. Najczęściej mówią o 41. lub 42. roku panowania Cezara Augusta2, co przy uwzględnieniu różnego sposobu liczenia i różnych punktów odniesienia daje 3/2 r. p.n.e.


Wydaje się, iż obok tak silnego świadectwa wczesnochrześcijańskich pisarzy nie można przejść obojętnie.


"Gwiazda betlejemska"


wiarygodny argument?


W ustalaniu daty narodzin Jezusa wielu uczonych odwołuje się do Mateuszowej wzmianki o "betlejemskiej gwieździe". Ewangelista Mateusz opowiada, że po narodzeniu Jezusa do Heroda przybyli mędrcy (magoi)

ze Wschodu, aby oddać pokłon


 


nowo narodzonemu  królowi

żydowskiemu,


 


 gdyż jak mówili, ujrzeli ,jego gwiazdę na Wschodzie" (autou ton astera en te anatole)'7 (Mt 2,1-2). Greckie słowo magoi, tłumaczone na język polski najczęściej przez ,,mędrcy", pierwotnie oznaczające perskich kapłanów,

w tekście Ewangelii jest określeniem wschodnich astronomów i astrologów, czyli ludzi

zajmujących się

obserwacją zjawisk niebieskich oraz przekonanych  o
związku tych zjawisk z życiem

poszczególnych ludzi i narodów.



 


Dla nich dostrzeżona gwiazda była

znakiem


nowo narodzonego

króla żydowskiego (Mt 2,2).


 



Gwiazda, o której mówi Ewangelia, jest często rozumiana jako literacko-symboliczne przedstawienie drogi, którą Bóg przyprowadził mędrców do nowo narodzonego króla -"gwiazdy z Jakuba",


zapowiedzianej w wyroczni Balaama (Lb 24,17).18 Niejednokrotnie jednak próbowano i próbuje się identyfikować pojawienie się owej gwiazdy z jakimś fenomenem niebieskim, na przykład kometą (12 1ub 5 r. p.n.e.), gwiazdą nową lub supernową (zaczynającą nagle coraz jaśniej świecić) (7 lub 5 r. p.n.e.), czy też zjawiskiem koniunkcji planet, czyli ich widocznego na niebie pozornego zbliżenia się do siebie na niewielką odległość kątową.


Komety uchodziły za omen zła,


 zaś nowe i supernowe świecą dostatecznie jasno, by mogły być dostrzeżone również przez innych obserwatorów. Największe prawdopodobieństwo można przypisać teorii koniunkcji i z tego powodu cieszy się ona największą popularnością. Jej początki wiąże się z nadwornym astrologiem cesarza rzymsko-niemieckiego Rudolfa II (1576-1612), Janem KepIerem. 17 grudnia 1603 r. Kepler zaobserwował koniunkcję Jowisza i Saturna, z równoczesną bliskością Marsa. Jego zdaniem taka sama koniunkcja miała miejsce w 7 r. p.n.e. Przypuszcza on jednak, że to nie owo zjawisko koniunkcji przyprowadziło mędrców do Betlejem. lecz gwiazda supernowa. którą obserwował na niebie bezpośrednio po koniunkcji. Jakkolwiek by nie było. z przypuszczeniami KepIera odnośnie do supernowej. Współczesne obliczenia potwierdzają jego wniosek, dotyczący potrójnej koniunkcji Jowisza i Saturna, wskazując na 27 maja. 6 października i l grudnia 7 r. p.n.e. jako jej daty. Taki stan rzeczy mógłby stanowić argument za uznaniem 7/6 r. p.n.e. za datę narodzenia Chrystusa.


Niewątpliwą trudnością w identyfikacji ..gwiazdy betlejemskiej" z koniunkcją Jowisza i Saturna w 7 r. jest fakt, iż w przypadku wspomnianej potrójnej koniunkcji te dwie planety nie zbliżyły się do siebie na tyle. by wyglądać jak jedna gwiazda  (o której mówi Ewangelia). lecz przeszły obok siebie w odległości równej mniej więcej podwójnej średnicy księżyca.


A co z 3 i 2 r. p.n.e., w którym narodzenie Jezusa umieszcza większość wczesnochrześcijańskich pisarzy?


 Na możliwość obserwowania w tych latach komety lub jakiejś nowej gwiazdy nic nie wskazuje. Miało natomiast miejsce inne zjawisko i wydaje się, że było ono jeszcze bardziej uderzające niż potrójna koniunkcja Jowisza i Saturna w 7 r. p.n.e.


Rano 12 sierpnia 3 r. p.n.e. na wschodnim niebie pojawił się Jowisz i Wenus (por. Mt 2,2: "ujrzeliśmy jego gwiazdę na Wschodzie"). W koniunkcji obie te planety były tak blisko siebie, że prawie się dotykały. Przy tym zjawisku ważne jest zwrócenie uwagi na astrologiczną symbolikę. Dla Babilończyków, którzy identyfikowali ciała niebieskie z bóstwami, Jowisz był planetą-królem, a Wenus babilońską Isztar -boginią kobiecości i płodności. Ich koniunkcja mogła zatem sugerować nadchodzące narodziny. Koniunkcja miała miejsce w konstelacji Lwa, w pobliżu jasnej gwiazdy zwanej przez Babilończyków śarru, "król", gdyż przypisywano jej władzę na niebie. Później Kopernik dał jej nazwę Regulus, która jest zdrobnieniem od łacińskiego


 słowa rex -,,król".


Konstelacja Lwa uchodzi natomiast za znak plemienia Judy, zgodnie z Rdz 49,9, gdzie Jakub błogosławi to plemię, nazywając je młodym lwem (gur 'arjeh). Z plemienia Judy pochodził król Dawid i z tego samego plemienia miał pochodzić Mesjasz. Ta asocjacja Mesjasza z lwem była silna w pierwotnym Kościele, o czym świadczy Ap 5,5 ("Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy, Odrośl Dawida"). Imię gwiazdy -Regulus znaczy tyle co ,,mały król" i jest aluzją do jej położenia w sercu króla zwierząt. Starożytni uważali, że gwiazda ta rządzi niebem.


Jowisz, przechodząc dalej, trzy razy wchodził w koniunkcję z Regulusem (14 września 3 r., 17 lutego 2 r. i 8 maja 2 r.), a następnie (17 czerwca 2 r.) znowu w koniunkcję z Wenus, przy czym tym razem tak blisko, że gdyby niemożliwe było posługiwanie się nowoczesnym teleskopem, te dwie planety wyglądałyby jak jedna gwiazda. Jesienią i zimą 3/2 r. p.n.e. Jowisz wydawał się kilka razy zatrzymywać na tle gwiazd. We wspomnianej wyjątkowo ścisłej koniunkcji 17 czerwca 2 r. Jowisz i Wenus wyglądały niemalże jak jedna gwiazda świecąca, patrząc z Babilonii, na zachód w kierunku Jerozolimy. To zjawisko mogłoby odpowiadać słowom Mt 2,9:


"A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie,

szła przed nimi, aż doszła

i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię".


Jeżeli przyjmiemy, że mędrcy (magowie), o których mówi Ewangelia według św. Mateusza, studiowali wspomniane astronomiczne zjawiska, to prawdopodobne jest, że pojawienie się owej "gwiazdy" 17 czerwca 2 r. było tym ostatnim znakiem, który skłonił ich do pójścia latem lub jesienią 2 r. p.n.e. do Jerozolimy i Betlejem, gdzie znaleźli dziecię Jezus. Zaś w ewangelijnej wzmiance o zatrzymaniu się gwiazdy nad miejscem pobytu Dziecka (Mt 2,9) można widzieć odniesienie do tzw. punktu stacjonarnego Jowisza, czyli pozornego zatrzymania się planety na niebie, po którym następuje jej ruch w przeciwnym kierunku. E.L. Martin i P. Keresztes uważają, że w 2 r. p.n.e. tego rodzaju zjawisko było zauważalne 25 grudnia w konstelacji Panny, gdy Jowisz znajdował się bezpośrednio nad Betlejem, około 68 stopni nad południowym horyzontem, patrząc z Jerozolimy. Oczywiście w tak wyznaczonej dacie nie chodzi o dzień narodzenia Jezusa, gdyż ono było wcześniej, być może w zimie 3/2 r.


Jest jednak wyobrażalne, że ta data punktu stacjonarnego Jowisza (25 grudnia) mogła mieć później jakiś wpływ na powiązanie właśnie tego dnia ze świętami Bożego Narodzenia.



Nie ma żadnej pewności,

że gwiazda z Ewangelii Mateuszowej,

która zaprowadziła mędrców do Betlejem,

miała związek

z którymś ze wskazanych i omówionych wyżej zjawisk.



Trudno też sobie wyobrazić, żeby jakaś gwiazda wskazała konkretne miejsce czy dom. Argumentem przeciw łączeniu Mateuszowej wzmianki o gwieździe z jakąkolwiek koniunkcją może być dla niektórych28 samo słowo greckie aster, użyte w Ewangelii w liczbie pojedynczej i tym samym wskazujące na pojedynczą gwiazdę. Jeżeli jednak ewangelista w opowiadaniu o mędrcach nawiązuje do zjawiska naturalnego, to wówczas omówiona wyżej koniunkcja Jowisza i Wenus, Jowisza i Regulusa. i związana z tym droga Jowisza po niebie, jawią się jako najbardziej prawdopodobne i w sumie przemawiają za umieszczeniem daty:



narodzenia Jezusa

w zimie 3/2 r. p.n.e.



Tak interpretowane jest narodzenie Jezusa Chrystusa  według Biblii.


 


A co na to współczesna wiedza naukowa? Coraz wyraźniej powstaje głęboka rysa pomiędzy Biblią a współczesną nauką o której pisze Benedykt XVI w publikacji:


„Jezus z Nazaretu"

Zamieszczam poniższe nadesłane publikacje bo każdy wierzący powinien posiadać wiedzę w co wierzy i dlaczego wierzy!.

 

 

Tyrania Kościoła, który przez całe wieki nie dopuszczał do żadnej wymiany wiedzy między nauką a Biblią doprowadziła obecnie do masowego porzucenia Kościoła przez młodzież katolicką.

 

Nieskrępowana wiedza jest przywilejem ludzi wolnych i dobrem wywalczonym przez pokolenia.

 

Na nic zda się udawanie przez hierarchów kościoła, że nie wiedzą co się wokół świata naukowego o Biblii pisze i mówi.

Możnz sparafrazować  słowa Pana Jezusa:

 

Kto nie jest przeciw -  jest za wiedzą wyłożoną w publikacjach.

 

Nie próbuje polemizować  również Kościół z publikacjami bojąc się, że w jawnej konfrontacji z nauką przegra i ucierpi na tym autorytet Magisteruim Kościoła.

 


-szukam-



 

Robert A. Haasler

 

JEZUS

CZŁOWIEK, JAKIEGO ZNAMY Z EWANGELII NIE ISTNIAŁ?

Pytania do Benedykta XVI

Wydanie drugie

Fragmenty:

„Niezbadane są koleje losu. Zapowiadaliśmy wydanie w pierwszej kolejności książki pt. „Dzieci Jezusa". Kiedy jednak opublikowana została, w wielu krajach świata jednocześnie, książka papieża Benedykta XVI pt. „Jezus z Nazaretu", postanowiliśmy zmienić nasze plany oddając w ręce Czytelników pracę Roberta A. Haaslera pt. Jezus. Człowiek, który nie istniał", a w podtytule: „Pytania do Benedykta XVI". Tym samym chcemy nawiązać do papieskiej publikacji, zadając odwieczne pytania:

Kim naprawdę był Jezus z Nazaretu; dlaczego nagromadziło się tak wiele nieścisłości i nieporozumień co do historyczności tej postaci? Długo zastanawialiśmy się w wydawnictwie nad edycją tej książki.

Zdajemy sobie, bowiem sprawę jak wielu ona oburzy, gdyż pytamy w niej o osobę najważniejszą dla każdego chrześcijanina.

Gdyby okazało się, że wątpliwości, co do istnienia historycznego Jezusa były uzasadnione, wtedy musielibyśmy wszyscy zweryfikować nie tyle podstawy wiary, co tradycję, w której byliśmy wychowywani.

O przygotowanie tej publikacji zwróciliśmy się do autora, który wielokrotnie współpracował już z polskimi wydawnictwami - z prośbą, aby ta nowa książka nawiązywała do wspomnianej już publikacji papieża Benedykta XVI.

Pierwotnym naszym zamiarem było przygotowanie polskiej edycji słynnej skandalizującej książki „Bajka o Chrystusie" Luigiego Cascioliego. Dlaczego odstąpiliśmy od tego zamiaru, piszemy we wstępie do książki, którą przedstawiamy ocenie naszych Czytelników.

Mimo wielu kategorycznych stwierdzeń, zawartych w naszej książce, jak w całej serii Biblioteki Klubu da Vinci, nie dajemy ostatecznych odpowiedzi na stawiane pytania. Zasada, że Czytelnik sam, we własnym sumieniu i rozumie, odpowie sobie na te pytania - jest dla nas niezmienna.

 

Do poszukiwania prawdy o historycznym Jezusie zachęca nas sam Benedykt XVI, pisząc w przedmowie do swojej książki, że „każdemu wolno mieć przeciwne zdanie". I my prosimy „Czytelniczki i Czytelników o odrobinę sympatii, bez której niemożliwe jest jakiekolwiek zrozumienie".

………………….

„Chrystus nigdy nie istniał, został wymyślony przez Kościół katolicki i jest produktem fantazji, tak jak inni bohaterowie bajkowi" - tak twierdzi Luigi Cascioli, autor książki „Bajka o Chrystusie", która wywołała we Włoszech wiele zamieszania.

Chociaż sama książka ostatecznie nie zasługuje na większą uwagę, dotyka niezwykle złożonego i trudnego problemu podstaw wiary chrześcijańskiej. Autor jest zdania, że postać Jezusa zbudowana została na postaci Jana z Gamali, syna Judy Galilejczyka, przywódcy jednej z rewolucyjnych grup żydowskich.

Należy żałować, że Cascioli popełnia tak wiele pomyłek w swoim tekście, jawnie ignorując znane od dziesięcioleci okoliczności historyczne związane z opisanymi w ewangeliach sytuacjami i postaciami.

Niemniej jednak sam fakt podjęcia problematyki jest interesujący. Teza Cascioliego nie jest ani nowa, ani odkrywcza. Przynajmniej od Oświecenia umysły racjonalistów zajmowało pytanie, kim Jezus był naprawdę.

Od tego czasu powstało na ten temat sporo opracowań, chociaż nie zyskały one szerszego rozgłosu. Zwłaszcza w Polsce, ale także w innych ultrakatolickich krajach, upowszechnianie wiadomości o braku dowodów na historyczność postaci Jezusa było i jest zadaniem o tyle trudnym, co niebezpiecznym. Zbyt wielkie przywiązanie do tradycji zawsze krępowało rozum.

Luigi Cascioli nadał swoim wątpliwościom wymiar prawny o zasięgu międzynarodowym.

 Kiedy w 2002 roku w jednym z włoskich dzienników ukazał się artykuł księdza Enrico Righiego, proboszcza w starożytnym mieście (założonym jeszcze w VI wieku p.n.e. przez Etrusków) Bagnoregio, że Chrystus narodził się jako syn Marii i Józefa i był prawdziwym człowiekiem z krwi i kości, Luigi Cascioli zareagował natychmiast.

Złożył doniesienie w prokuraturze przeciwko Kościołowi, który poprzez osobę proboszcza Righiego, wykorzystując naiwność osób trzecich nakłania je do wiary w rzeczy fałszywe. Postępowanie przed sądem w Viterbo trwało do stycznia 2006 roku.

Ksiądz Righi nie przedstawił żadnych dowodów, że Chrystus istniał w rzeczywistości,

 mimo to trybunał umorzył postępowanie, a kosztami procesu obciążył Cascioliego.

Ten, korzystając z pomocy prawnej adwokata Giovaniego di Stefano z jednej z najważniejszych rzymskich kancelarii adwokackich,

 skierował skargę do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Skarga została przyjęta, a jej rozpatrzenie wyznaczono na 2007 rok. Jest to wydarzenie bez precedensu.

Oto bowiem przed trybunałem międzynarodowym sądzone będą sprawy podstaw wiary jednego z najliczniejszych wyznań religijnych na świecie.

Kancelarii adwokackiej nie chodzi o prawdę historyczną o Jezusie, a o rozgłos międzynarodowy. Specjalizuje się ona w najbardziej znanych procesach w skali świata. Uczestniczyła między innymi w postępowaniu przeciwko Saddamowi Husejnowi czy postępowaniu w sprawie śmierci Lady Diany oraz Roberta Calviego z masońskiej loży P-2, zamieszanego w aferę watykańskiego Banku Ambroziano.

Luigi Cascioli sam siebie nazywa ateistą i antyklerykałem. Pochodzi z tradycyjnej włoskiej rodziny katolickiej. Jako dziecko regularnie chodził do kościoła i praktykował, chociaż, jak dziś przekonuje, od zawsze miewał wątpliwości co do słuszności nauk przekazywanych przez księży. Przez wiele lat mieszkał we Francji, tam został członkiem Unii Ateistów.

Przyznaje się do gruntownych studiów nad Biblią, szczyci się, że poznał ją „od deski do deski".

 Po raz pierwszy natknął się na problem historyczności Jezusa właśnie we Francji, w jednym z tamtejszych pism ateistycznych. Sprawa ta zaintrygowała go do tego stopnia, że poświęcił jej dalsze badania, których efektem jest wspomniana już książka „Bajka o Chrystusie".

Cascioli na pytanie o powody uporu i cel swojej akcji przed Trybunałem Praw Człowieka odpowiada tak:

„Kościół katolicki od wieków nadużywa ignorancji ludzkiej, zmuszając ludzkość do wiary w rzeczy nieprawdziwe na podstawie Starego Testamentu i czterech wybranych ewangelii.

Książka Dana Browna „Kod Leonarda da Vinci" sprawia Watykanowi  wiele kłopotów, gdyż ludzie są ciekawi i chcą poznać prawdę.

Procesu ujawniania prawdy nie da się zatrzymać.

Watykan musi pokazać światu prawdziwe, niepodważalne dowody na istnienie Chrystusa, a nie tylko opowiadać bajki biblijne"

Cascioli stawia sobie trudne zadanie. Co bowiem oznaczałoby dla ludzkości udowodnienie przed strasburskim trybunałem, że Chrystus naprawdę nie istniał?

Czy byłby to koniec Kościoła katolickiego? Luigi Cascioli tak odpowiada na to niezwykłe pytanie:

„Udowodnienie tego w sądzie będzie oznaczać z punktu widzenia prawnego anulowanie dogmatów, na jakich opiera się chrześcijaństwo. Nie będzie już można twierdzić, że Chrystus przybył na ziemię pod postacią człowieka, by odkupić grzech pierworodny ludzkości. To również koniec Eucharystii. Żaden ksiądz udzielając komunii nie mógłby już mówić: „Oto ciało Chrystusa". Celebracja sakramentu Eucharystii stałaby się oszustwem ściganym prawnie. Kościół nie mógłby twierdzić, że dogmat przemiany wina oraz chleba w krew i ciało Chrystusa jest prawdą. To tylko niektóre dogmaty, jakie musiałyby zniknąć, ponieważ są fałszywe". /Cytat za „Fakty i Mity"/. Tezy i oczekiwania formułowane przez Cascioliego wielu mogą zainteresować.

Są nośne i prowokujące, choć mało prawdopodobne. Przytaczamy je z kronikarskiego obowiązku.

W tej książce przedstawimy wiele pytań kierowanych do Urzędu Nauczycielskiego papieża Benedykta XVI, autora książki „Jezus z Nazaretu", co do pojawiających się wątpliwości na temat Jezusa historycznego. Do takiego postawienia zagadnienia zachęca nas sam papież, zapraszając do poznawania prawdy, która, według ulubionego papieskiego ewangelisty Jana, nas wyzwoli.

Ta książka wielu oburzy.

Do tej pory nie ukazała się, bowiem w Polsce żadna publikacja, w której tak jasno i zdecydowanie formułowane byłyby wątpliwości, co do istnienia Jezusa. Nikt tak odważnie nie stawiał pytań, choć wielu poszukiwało na nie odpowiedzi. Czy po lekturze tej książki teza, że Jezus nigdy nie istniał, wyda nam się bardziej prawdopodobna? Czytelnik odpowie sobie sam.

Przystąpiłem do lektury książki papieża Benedykta XVI z entuzjazmem.

 Ogromnie zachęcające były zapowiedzi na jej temat, ukazujące się od kilku miesięcy w prasie na całym świecie.

Liczyłem na to, że papież odważnie rozprawi się z coraz częściej pojawiającymi się publikacjami wątpiącymi w istnienie Jezusa.

Miałem nadzieję, że nie będzie to kolejna książka teologiczna, zawiła ze swojej natury, skierowana do bardzo wąskiego grona wtajemniczonych. Wierzyłem, że kto jak kto, ale papież nie będzie przekonywał przekonanych, że podejmie wielki trud i zmierzy się z tymi, którzy odważyli się mieć przeciwne zdanie i, co więcej, szukają dowodów na inne widzenie osoby Jezusa.

Książka Benedykta XVI jest z pewnością interesująca. Świetnie napisana, bogato udokumentowana, czerpiąca głęboko z dorobku teologów, zwłaszcza niemieckiej strefy językowej, nie jest jednak książką, która przybliża nas do prawdziwego poznania Jezusa. Nie odpowiada na żadne wątpliwości, nie podejmuje żadnego z drażliwych tematów. Jest pewną nadzieją, że papież w zapowiadanym drugim tomie książki „Jezus z Nazaretu" podejmie dyskusję na temat dowodów na istnienie Jezusa. Najwięcej wątpliwości co do osoby Jezusa dotyczy Jego dzieciństwa i wczesnej młodości. A właśnie temu okresowi chce poświęcić swoją zapowiadaną już książkę Benedykt XVI, stąd nasze pytania kierowane do papieża.

Benedykt XVI, najbardziej wnikliwy naukowiec-teolog naszych czasów, zdaje sobie sprawę z istnienia rozdźwięku między Jezusem historycznym a Jezusem wiary.

Bezgranicznie jednak wierzy i ufa ewangeliom. Pisze wprawdzie, że biblijna wiara z samej swojej istoty bowiem musi się odnosić do autentycznie historycznego wydarzenia, że nie opowiada ona historii jako symboli prawd ponadhistorycznych, lecz zasadza się na historii, która toczyła się na naszej ziemi, ale jednak poprzestaje - póki co - na kolejnym przedstawieniu postaci i orędzia Jezusa dla umocnienia żywej z Nim relacji. Papież wierzy i bezgranicznie ufa ewangeliom, a książka jest wynikiem jego osobistego szukania „oblicza Pana".

Odnosząc się do bogatej literatury teologicznej poświęconej Jezusowi, którą Joseph Ratzinger zachwycał się u progu swojego życia kapłańskiego, zauważa, że „wszystkie one ukazywały tworzony na podstawie ewangelii obraz Jezusa Chrystusa: Człowieka żyjącego na ziemi, który jednak - będąc w pełni człowiekiem - jednocześnie przynosił ludziom Boga, z którym jako Syn stanowił jedno. W ten sposób przez Człowieka Jezusa stał się widzialny Bóg, a w Bogu - obraz autentycznego człowieka". I dalej pisze Benedykt XVI:

„Począwszy od łat pięćdziesiątych sytuacja się zmieniła. Rysa dzieląca historycznego Jezusa od Chrystusa wiary stawała się coraz głębsza i te dwie rzeczywistości coraz bardziej oddalały się od siebie.

 Co może jednak znaczyć wiara w Jezusa Chrystusa, w Jezusa Syna Boga żywego, jeżeli Człowiek Jezus zupełnie różni się od Tego, którego ukazują ewangeliści i na podstawie Ewangelii głosi Kościół?

Rozwój badań historyczno-krytycznych prowadzi do coraz bardziej drobiazgowego wyróżnienia warstw tradycji, a ukazująca się spoza nich postać Jezusa - do którego przecież odnosi się wiara - była coraz mniej wyraźna i jej kontury coraz bardziej zamazane.

Jednocześnie rekonstrukcje tego Jezusa, którego musiano szukać poza tradycjami ewangelistów i ich źródłami, stawały się coraz bardziej sobie przeciwstawne:

od antyrzymskiego rewolucjonisty, dążącego do obalenia panujących potęg i ponoszącego porażkę, po łagodnego moralistę, który na wszystko zezwala, a mimo to, nie wiadomo dlaczego,

 sam zostaje stracony.

„Kto przeczyta kilka takich rekonstrukcji, może od razu stwierdzić, że są one bardziej fotografiami ich autorów i ich własnych ideałów niż ukazywaniem Ikony, która straciła wyrazistość. W tym samym czasie narastała  co prawda nieufność wobec tych obrazów Jezusa, sama jednak Jego postać coraz bardziej się od nas oddalała.

Jako wspólne osiągnięcie tych wszystkich prób pozostało w każdym razie wrażenie, że o Jezusie mamy niewiele pewnych wiadomości i że Jego obraz dopiero później ukształtowała wiara w Jego boskość”.

Tymczasem wrażenie to przeniknęło w znacznym stopniu do świadomości chrześcijan. Sytuacja ta jest dramatyczna dla wiary, ponieważ niepewny staje się właściwy punkt jej odniesienia:

zachodzi obawa, że wewnętrzna przyjaźń z Jezusem, do której przecież wszystko się sprowadza, trafia w próżnię".

Papież zdaje sobie sprawę z zagrożeń, jakie niesie dla wiary i Kościoła poszukiwanie Jezusa historycznego.

 

Jeszcze nie podejmuje próby odpowiedzi na pytania szerokich kręgów wiernych, jednakże wie, że w niedalekiej już przyszłości Kościół będzie zmuszony do zmierzenia się z tym problemem.

 

Kościół nie może nie liczyć się z wątpiącymi, poszukującymi innej prawdy niż przekazywana w ewangeliach.

Żeby przetrwać musi odpowiedzieć na ich pytania i to językiem konkretu, a nie zawiłych dyskusji teologicznych. Przynajmniej część z tych pytań stawiamy w naszej książce.

 

Chrześcijaństwo jest paradoksalne, jak mawiali Grecy. Oby te pozornie poprawne założenia nie prowadziły do sprzeczności i fałszu.

Więcej w nadesłanej publikacji.




 

Nic nie wiadomo aby wydano zapowiadaną drugą cześć publikacji Benedykta XVI „Jezus z Nazaretu”.

Nieoczekiwanie doszło do abdykacji papieża Benedykta XVI.

Jego tajemnicze uzasadnienie z rezygnacji papiestwa daje wiele do domysłów:

„Rozważywszy po wielokroć rzecz w sumieniu przed Bogiem, zyskałem pewność, że z powodu podeszłego wieku moje siły nie są już wystarczające, aby w sposób należyty sprawować posługę Piotrową.

Jestem w pełni świadom, że ta posługa, w jej duchowej istocie powinna być spełniana nie tylko przez czyny i słowa, ale w nie mniejszym stopniu także przez cierpienie i modlitwę.

 Tym niemniej, aby kierować łodzią św. Piotra i głosić Ewangelię w dzisiejszym świecie, podlegającym szybkim przemianom i wzburzanym przez kwestie o wielkim znaczeniu dla życia wiary, niezbędna jest siła

zarówno ciała,  jak i ducha, która w ostatnich miesiącach osłabła we mnie na tyle, że muszę uznać moją niezdolność do dobrego wykonywania powierzonej mi posługi.

 Dlatego, w pełni świadom powagi tego aktu, z pełną wolnością, oświadczam, że rezygnuję z posługi Biskupa Rzymu, Następcy Piotra, powierzonej mi przez Kardynałów 19 kwietnia 2005 roku, tak, że od 28 lutego 2013 roku, od godziny 20.00, rzymska stolica, Stolica św. Piotra, będzie zwolniona (sede vacante) i będzie konieczne, aby ci, którzy do tego posiadają kompetencje, zwołali Konklawe dla wyboru nowego Papieża”.



Czy to zbieg okoliczności, że abdykacja papieża nastąpiła też po wystąpieniu  księdza profesora Tomasza Węcławskiego z kościoła katolickiego do niedawna ważnego duchownego, byłego rektora Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu, doradcy watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary

Po wnikliwych badaniach historii pierwszych wieków chrześcijańskich doszedł on do wniosku, że :

Jezus Chrystus nie był Bogiem!,

a wszystko, co opowiada Kościół, to po prostu nie ma żadnego sensu.

W marcu ub. r. 2007 prof. Węcławski zrzucił sutannę, a tuż przed świętami Bożego Narodzenia dokonał formalnego aktu apostazji, czyli wystąpienia z Kościoła.”

Analizując źródła historyczne, filozoficzne, oraz teologiczne, wyciągnął z tego wnioski, że wszystko to, co leży u podstaw kościelnej doktryny, jest błędne i nie odpowiada prawdzie.

Natomiast Chrystus niewiele dziś ma

 wspólnego z tym co głoszą kapłani wiernym.

 Jest to „wypaczenie” nauk Galilejczyka przez obecną hierarchię, ma ona źródło w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, kiedy kościół formował swoje pierwsze struktury.”

 



Współtwórca odczytania  kodów zawartych w obrazach Michała Anioła.

Fragmenty:


Tajemnica Kaplicy Sykstyńskiej


W latach 1471 - 1481 w Pałacu Watykańskim z inspiracji papieża Sykstusa IV zbudowano papieską kaplicę, zwaną Sykstyńską. Jej boczne ściany malowali ówcześni najwięksi malarze toskańscy m.in. S. Botticelli, D. Ghirlandaio, Pinturicchio, Perugino.

Freski na sklepieniu kaplicy powstałe w latach 1508 - 1512 są dziełem Michała Anioła Buonarroti.

Zleceniodawca ich, papież Juliusz II, przewidując niezwykle trudne warunki pracy poszukiwał twórcy, który sprostałby tym wymaganiom. Uznał, że tylko Michał Anioł może temu podołać.

I tak w 1508 roku zaczęła się wielka artystyczna przygoda malarza. Pełno w niej wzlotów i upadków. Artyście przyszło się zmagać z okrucieństwami papieży (a przeżył ich trzynastu), z atakami zawistnych wrogów, z własnym cierpieniem, gniewem i bólem a mimo to udało mu się stworzyć genialne dzieło.

Artysta choć pracował w papieskiej kaplicy na zlecenie samych papieży, przekazał prawdę o „Genezis(powstaniu człowieka i Ziemi). Wydobył wiedzę o protoplastach Ziemian odartą z apokryficznych przeinaczeń i ubarwień.

Trudno przypuszczać, aby namalował je bez aprobaty

13 papieży i  dostał za prace wynagrodzenie.

Należy zauważyć, że malowidła powstały w niedługim czasie kiedy na  soborach  Trydenckich (1545-1563) ogłoszono dogmat,

że prawdę religijną wyraża w równym stopniu Biblia, co tradycja, a jedyne i wyłączne prawo interpretacji Pisma Świętego spoczywa w rękach Kościoła.


-szukam-



 

Artysta swoimi freskami za aprobatą i wskazówkami 13 papieży stworzył precedens.

Na mocy zawartej umowy w papieskiej kaplicy znalazły się niemal obok siebie malowidła przedstawiające mity doktryny kościelnej (Botticelli, Perugino i inni) oraz obrazy przeczące tym treściom - Michała Anioła.

 

Zadziwiające jest i to, że to bluźnierstwo uszło karzącej ręki inkwizycji.

Jedyne wytłumaczenie to zmowa papieży i artysty na tak wykonane dzieło.

 

Wielokrotnie usiłowano zamalować, czy wręcz zatynkować freski. Lecz nie udało się zniszczyć dzieła. Przetrwanie tych malowideł ma wymiar symbolu. Znak to, że informacja, zawarta w nich, musi ujrzeć światło dzienne.
Michałowi  Aniołowi  wybrano  z Księgi Rodzaju dziewięć scen, nie stosując się do chronologii. Ramę dla nich tworzą siedzące na tronach postaci siedmiu żydowskich proroków i pięciu pogańskich Sybilli.


Dwunastka jasnowidzących
(sybille: Libijska, Perska, Kumeńska, Erytrejska, Delficka i prorocy: Jeremiasz, Daniel, Ezechiel, Esajasz, Joel, Jonasz, Zachariasz) trzymają w rękach zwoje pergaminów lub księgi, w których spisane są dzieje świata.

Jeremiasz ze smutkiem spogląda w dół na

trzydziestu dwóch papieży

- inicjatorów fałszerstw, „nieomylnych”

prawd Kościoła.


Pięć kolejnych scen Genezis z dziewięciu - mówiących o powstaniu człowieka i Ziemi - jest wyraźnie zarysowaną historią ustanowienia dominacji męskiej na Ziemi.  
Główny bohater tego cyklu, zwany w ikonografii kościelnej bogiem - to mężczyzna z siwą brodą z zaznaczonym

pępkiem!, co dowodzi, że jest zrodzony przez kobietę, czyli ma matkę.

 

Obala to mit, jakoby potrafił sam siebie stworzyć. Nie jest też wszechmocny.

W przestrzeni Ziemi pojawia się w towarzystwie kilkunastu pomocników. Ludzie ci przybyli spoza Ziemi. Planeta już istnieje, wyraźnie widać słońce i księżyc. Z gestów i wyrazu twarzy mężczyzny wynika, że pojawił się z zamiarem narzucenia swojej woli i podporządkowania Ziemian.

 

Do tworzenia we Wszechświecie niezbędne są pierwiastki żeńskie i męskie. W pierwszej scenie Genezis (nad ołtarzem) tzw. stwórca jest sam.


-szukam-



Jego postać ma przerysowane cechy żeńskie (piersi kobiece-mimo późniejszego  przemalowywania są dobrze widoczne).

Co oznacza, że przejął możliwości kobiety i odtąd chce niepodzielnie wszystkim zarządzać.

Tym samym zapowiada, że na stałe zaburzy równowagę pomiędzy kobietą i mężczyzną. Zamiast tworzenia wprowadzi podziały i chaos.

Najbardziej zaś wymowna jest scena, w której mężczyzna wypina tyłek na oglądających go z dołu ludzi. Taki jest jego stosunek do Ziemian. 

W scenie czwartej –


-szukam-



Stworzenie Adama,

 młody nagi mężczyzna leży na ziemi.

Na jego brzuchu widoczny pępek !!!świadczy, że zrodziła go kobieta,

 a nie został stworzony.

 

Na tle pustej przestrzeni spotykają się ręce „Pana” zawieszonego w powietrzu i Adama.

Nie jest to akt stwarzania Adama, a ustanowienie go boskim namiestnikiem. Adam został obdarzony wolną wolą, a to oznacza ciągłą gotowość do walki, obronę swoich racji, wyobrażeń.

Głównym atrybutem mężczyzny stanie się umiejętność wzniecania konfliktów. Adam z nakazu swojego „boga” utrzyma także niepodzielne rządy mężczyzny na Ziemi.


Jaka rola przypadnie kobiecie? 
Po wsze dni zostanie służebnicę pańską - I to nazwano: stworzeniem Ewy.

Zgięta wpół - przystająca na rozkazy mężczyzny, ma nie prostować grzbietu, aż stwórca z kolan jej nie podniesie. By wkrótce kolejną winą ją obarczyć: grzechem pierworodnym.

Ludziom kazano uwierzyć, że to kobieta całe nieszczęście na ród ludzki sprowadza. A czym jest grzech? Naturalną dążnością człowieka do poznania. Drzewo Wiadomości i drzewo Życia - symbole wiedzy o istnieniu, strzeżone były przed Ziemianami,

by utrzymać ich w nieświadomości i poddaństwie. Jedyne, co można określić grzechem - to zmuszanie do wiary i odebranie człowiekowi prawa do samodzielnego myślenia. Stąd wynikają wszystkie cierpienia człowieka.

 

Wraz z obarczeniem kobiety grzechem zakodowano w niej lęk i nieustające poczucie winy.


-szukam-



Mężczyzna od grzechu wolny, własne przewiny może ofiarą cudzego życia odkupić. Noe dla boga może zabijać, a nawet chełpić się tym czynem składając dary na ołtarzu Pana. Frasunkiem żadnym nie powinien zajmować głowy, toteż dostanie wino, by nałóg spolegliwszym uczynił go dla Pana.

Tak ukształtowanego mężczyznę - stwórca, uratuje od potopu.

 Opilstwo Noego nie jest grzechem godnym potępienia. Wręcz przeciwnie to zabezpieczy chaos wprowadzony przez boga na Ziemię.

Zwaśniona rodzina, skłócone narody, skonfliktowany na zawsze mężczyzna z kobietą. Tak miał wyglądać wieczny porządek rzeczy. Lecz czy na takim nonsensie ma się opierać sens ludzkiego istnienia?

 

Jednak został przewidziany i koniec boskiej sielanki.
W 23 lata po powstaniu Genezis Michał Anioł na zlecenie Pawła III stworzył za ołtarzem Kaplicy Sykstyńskiej epokowy obraz Sądu Ostatecznego.


-szukam-



Dźwięk trąb wraz z podniesioną ręką mężczyzny, zatrzymuje jak w stop klatce cały ruch. Każdy znajduje się w takim miejscu, dokąd doprowadziły go racje, ambicje, dążenia, o które walczył. Tylko nieliczni zdołają uwolnić się od wytworów myśli, lęków, przygniatającej rzeczywistości, którą sami stworzyli.

Nikt nie zmartwychwstaje. Nie ma sędziego, obrońców, nikt nie trzyma wagi. W tej jednej chwili sprawiedliwość wypełnia się sama. Dokonuje się rozliczenie. Nie ma boga. Nie ma Jezusa.

Mężczyźnie ze wzniesioną dłonią - na polecenie papieża - domalowano rany mające sugerować, że to Jezus. Michał Anioł ran nie malował.

 (Późniejsi  papieże zaczęli podejrzewać, że motłoch może odkryć prawdę i przemalowywali  malowidła.)

Nad ołtarzem i Sądem Ostatecznym góruje postać Jonasza. Łączy sobą pierwszą scenę tworzenia świata czyli początek epoki materialnej z jej nieodwołalnym końcem. Jonasz uwolniony z paszczy wielkiej ryby symbolizuje ostateczne wyzwolenie ludzkości z jarzma chrześcijaństwa, wyjście z epoki Ryb i wprowadzenie jej w końcowy etap rozliczenia. Prorok ten swoim przykładem pokazuje, że człowiek może zrzucić z siebie odium ofiary.

 

U jego stóp rozgrywa się dramatyczny upadek symbolu religii - krzyża i symbolu nauki - kolumny, co jest równoznaczne z upadkiem wszystkich autorytetów religii i władzy.

 

Jonasz zamyka epokę wolnej woli, w której do szczytu doszły wszystkie szaleństwa umysłu, okrucieństwo, pycha, fanatyzm i chciwość.

Wieki konfliktowano mężczyznę z kobietą - ona już nigdy nie miała się podnieść z poniżenia, a jednak... zwycięża Człowiek. Cały trud epoki materialnej nie poszedł na marne.

W centralnej części Sądu Ostatecznego wkraczają oboje.

Kobieta i mężczyzna spójni mimo prób podziału, zamykają wielki spektakl epoki materialnej.

Miliony zwiedzających, z zamkniętymi oczami duszy oglądały freski sykstyńskie przez prawie 490 lat.

Miliony osób widziało kolorowe albumy z Kaplicy Sykstyńskiej, widząc w nich tylko piękną ilustrację do Biblii.

Niewielu przyglądało się jej dociekliwie, toteż nie potrafiono wychwycić niezgodności fresków z doktryną chrześcijańską.

 Wnikliwego obserwatora teologiczne interpretacje scen Sykstyny zaskakują fałszerstwem komentarza: np.:

Judyta obcinająca Holofernesowi głowę dla Kościoła jest znakiem triumfu Marii nad grzechem.

Walący się krzyż na głowy wyznawców w scenie Sądu Ostatecznego uznany został za triumf krzyża świętego.

 

Dlaczego niewielu dostrzega niespójność komentarza z faktami przedstawionymi na freskach?

Bo wierzą w słowa autorytetów kościelnych. Większość pozwoliła się uśpić pasterzom, zaprzepaściła zdolność obserwacji i wnioskowania.

 

Bez stawiania pytań, bez szukania odpowiedzi nie można dojść do poznania wiedzy

 (zakazanego owocu).

Nie podobna stać się w pełni dojrzałym człowiekiem. 


 

Nad odczytaniem kodów zawartych w obrazach Michała Anioła
pracowało wielu ludzi, w większości Polacy.

Aby zrozumieć przesłanie należało wcześniej poznać elementy praw i zasad Wszechświata. Znajdują się one w różnych świętych księgach, legendach, przekazach wielu badaczy i odkrywców. To im należy się chwała za ciężką pracę.! Często napiętnowani, torturowani bo zmieniali dogmaty narzucone przez  kościół, wykorzystujący naiwność wyznawców.

To bardzo bolesna historia ludzkości.

Nasz rodak  JP II  wiedział o wszystkim ale mógł tylko to zrobić co też i wykonał.

 Bardzo dużo na niespotykaną skalę w papiestwie.

Wierzył w młodzież (w osoby duchowne i świeckie), że:

pociągną za sobą Kościół i doprowadzą do wyjawienia  prawdy oraz doprowadzą do wyeliminowania  zakłamania z Kościoła.

Cierpiał nie tylko fizycznie ale i psychicznie.

 

Ostatnim gestem jego duszy dla ludzi było zamkniecie biblii na jego  trumnie.

Znamienny symbol :

Rozdział dziejów Kościoła został już  zamknięty!

 


Zdumiewa, że malowidła Michała Anioła odzwierciedlają wiedzę  bardzo bliską  współczesnej wiedzy  i nauki.

Tymczasem Kościół katolicki wpisał ewolucyjne dzieła Darwina na Indeks ksiąg zakazanych i papieska encyklika jeszcze w 1950 roku potępiała teorię ewolucji.

Jeszcze pod koniec XX wieku, ewolucjonizm w seminariach duchownych podawany jest bardzo ostrożnie, co najwyżej jako raczej „słabo poparta hipoteza”. Nie przeszkadza to jednak duchownym kurować się lekami wypróbowanymi na zwierzętach, co przecież nie byłoby to możliwe, gdyby człowiek nie był z nimi  spokrewniony.

 

W tej sytuacji Jan Paweł II ogłosił, że ewolucjonizm nie przeczy Biblii, ale ją uściśla, opowiada o tym samym, lecz odmiennym językiem.

Stwierdzenie jest na tyle ogólne, że trudno z nim polemizować. Ma zresztą charakter bardziej literacki, niż naukowy i nie wnosi niczego nowego do poznania, jest jedynie próbą neutralizacji widocznej sprzeczności ustaleń nauki z katolickimi koncepcjami świata.

     Jednak najboleśniejszą sprawą wydaje się pochodzenie człowieka od zwierząt. Nikt nie może dziś temu zaprzeczać, ale jak to pogodzić z kościelną tezą o wyjątkowości istoty ludzkiej?

Nauka wyraźnie traktuje nas jak jeszcze jeden gatunek, co prawda wyjątkowy, ale jednak podlegający tym samym prawom, co wszystkie istoty na naszej planecie.

 

I tak zrodziła się koncepcja autorstwa Jana Pawła II głosząca, że cieleśnie pochodzimy od zwierząt, ale ducha tchnął w nas Bóg.

 

Zatem znani nam z Biblii Adam i Ewa istnieli prawdziwie, i to w nich ów duch boży został tchnięty, a jako pierwsza para ludzi żyli w Afryce, co miałoby pogodzić rezultaty badań genetyki i wykopalisk paleontologicznych i archeologicznych z nauką Kościoła.

 

     Dużą część świata katolickiego uradowało to stwierdzenie papieża. Ale – co zrozumiałe – nie zyskało aprobaty świata nauki.

 



 

Helen Ellerbe

Ciemna strona historii chrześcijaństwa.

 

Fragmenty:

W odpowiedzi na pojawienie się pierwszych heretyków Kościół sformułował doktrynę

o seksie, wolnej woli i reinkarnacji.

W każdym przypadku wybierał taką ideologię, która w największym stopniu zapewniała możli­wość sprawowania kontroli nad jednostką i społeczeństwem. Kościół wprowadził także doktrynę, która usprawiedliwiała użycie siły w celu wy­muszenia posłuszeństwa i zwalczania heretyków. Słowo „herezja" pocho­dzi od greckiego hairesis" oznaczającego „wybór". W pierwszych wie­kach naszej ery w obrębie religii chrześcijańskiej istniało wiele możliwości wyboru - i w konsekwencji wiele herezji. Do gnostyków należeli marcjoni­ści, monotaniści, arianie, sabelianie, nestorianie i monofizyści, w Egipcie koptowie, a w Syrii jakobici. Armeński Kościół Ortodoksyjny również nie zgadzał się z Kościołem katolickim. Herezje głoszone przez Pelagiusza, Orygenesa i donatystów legły u podstaw nowej, mającej szczególne zna­czenie, doktryny.

Natomiast poglądy Manicheusza, mimo że nie stały się przyczyną sformułowania określonej doktryny, stanowiły zaprzeczenie mało popularnej ideologii Kościoła.

Spory wokół poglądów Pelagiusza doprowadziły do ustanowienia przez Kościół doktryny dotyczącej wolności i życia seksualnego człowieka.

Irlandzki mnich Pelagiusz przybył do Rzymu na początku piątego wieku, głosząc, że człowiek posiada wolną wolę i odpowiada za swoje czyny.

Twierdził, że osobiste starania człowieka w pewnym tylko stopniu decydują, czy on lub ona dostąpi zbawienia.

Według Pelagiusza wiara w odkupienie grzechów przez Chrystusa powinna być wspierana przez indywidualną odpowiedzialność i podejmowanie wysiłków w kierunku czynienia dobra. W nagrodę za wzięcie odpowiedzialności za swoje uczynki, Stwórca daje ludziom wolność. Jak pisał jeden z historyków:

„Pelagiusz walczył o bezcenne dobro wolności człowieka. Wolno­ści tej nie można się wyrzec bez utraty ludzkiej godności...

Bez wolności w podejmowaniu swoich decyzji człowiek staje się po prostu marionetką.

Według Pelagiusza Stwórca nadal człowiekowi moralną siłę, której stłumienie jest zwątpieniem w podobieństwo ludzi do Boga.”

Poglądy Pelagiusza zostały gwałtownie zaatakowane przez świętego Augustyna, słynnego biskupa i teologa.

Zbawienie, jak mawiał Augustyn, znajduje się wyłącznie w rękach Boga; nie ma nic, co mogłaby uczynić jednostka.

Bóg wybiera niewielu ludzi, którym daje szczęście i zbawienie.

Jest to osiągalne tylko dla tych nielicznych, których Chrystus przywiódł na świat.

Wszyscy inni są potępieni na wieki. Według świętego Augustyna akt łaski Boga, a nie jakiekolwiek uczynki, czy pragnienia człowieka, prowadzi do zbawienia.

Augustyn uważał, że nasza wolna wola czynienia dobra w opozycji do zła, została zniszczona przez grzech Adama. Grzech Adama, który według świętego Augustyna ma „naturę nasienia, z którego się rozmnażamy", przywiódł na świat cierpienie i śmierć, odebrał nam wolną wolę i pozostawił wrodzoną złą naturę. Jest on teraz nieunikniony. Przyczyną czynienia dobra jest wyłącznie bezmierna łaska. Augustyn pisał,

„Dlatego, kiedy człowiek żyje w zgodzie z człowiekiem, a nie z Bogiem, jest on podobny do diabła".

Zgodnie z poglądami Augustyna jednostka ma niewielką moc wpływania na swoje, z góry określone, przeznaczenie, a zbawienie jej zależy wyłącznie od woli Boga.

Życie seksualne człowieka, jak twierdził Augustyn, wyraźnie pokazuje, że człowiek nie jest zdolny do dokonania wyboru między dobrem a złem.

Swoje tezy oparł na własnym doświadczeniu życiowym. Biorąc pod uwagę swoje nieuporządkowane życie w młodości, kiedy to spłodził i następnie porzucił nieślubne dziecko, doszedł do wniosku, iż seks jest z natury zły. Cierpiał z powodu swoich erotycznych pragnień:

„Któż potrafi to kontrolować, kiedy przyjdzie pożądanie? Nikt! Silnie poruszona żądza nie poddaje się rozkazom woli... Czego­kolwiek człowiek sobie życzy, nie potrafi tego dokonać.”

 

Zgodnie z poglądami Augustyna, człowiek nie ma na tyle siły, aby cierpliwie znosić lub stłumić seksualne pożądanie.

Ale nawet ci, którzy rozkoszują się w tej przyjemności, nie panują nad nią swoją własną wola niezależnie od tego, czy ograniczają się do prawego łoża, czy też grzeszą; czasami żądza ta nachodzi ich wbrew nim samym i zwodzi ich, gdy odczuwają pożądanie, które szaleje w umyśle a nie tkwi w ciele. Tak więc, dziwna to rzecz, że emocje nie tylko osłabiają posłuszeństwo prawego pra­gnienia zrodzenia potomstwa, ale także osłabiają chęć odrzuce­nia lubieżnego pożądania; myśl ta często przeciwstawia całą swoją energię duszy, która ogranicza je, czasami rozdzierając przy tym samą siebie, a gdy poruszy duszę, ciało pozostanie nie­wzruszone.

To

„diabelskie poruszenie genitaliów",

 

jak Augustyn określał seks, jest dowodem  grzechu pierworodnego Adama, który jest teraz przenoszony

„z łona matki, plamiąc  grzechem wszystkie istoty ludzkie i pozostawiając je niezdol­nymi do wyboru między  dobrem a złem, czy też wpływania na swój własny los".

Poglądy świętego Augustyna  pozostają w ostrej sprzeczności z poglądami przedchrześcijańskimi, które często  traktowały seks jako nieodłączną część religijnego życia. Jednakże jego punkt widzenia  odzwierciedlał poglądy wielu chrześcijan.

 Oprócz nielicznych sekt heretyków, takich  jak na przykład gnostyczni karpokratianie, którzy traktowali seks jako „więź między  wszyst­kimi stworzeniami", prawie wszyscy chrześcijanie byli zdania, że seksu nale­ży unikać, za wyjątkiem sytuacji służących prokreacji.

Święty Hieronim ostrze­gał,

„traktuj wszystko jak truciznę, która rodzi nasienie zmysłowej przyjemno­ści".

Elaine Pagels w swojej książce „Adam, Ewa i Wąż" pisze:

 „Klemens z Aleksandrii wykluczał stosunki oralne i analne, sto­sunki  w czasie miesiączki, z żonami w ciąży, żonami bezpłodnymi, w okresie  przekwitania i ze swoją żoną „rano ", „za dnia" i „po obiedzie ".

Klemens rzeczywiście ostrzegaj że „nawet nie w nocy, ale w ciemności,  która jest odpowiednia dla nieprzyzwoitych lub niemoralnych praktyk, ale ze skromnością tak że cokolwiek się wydarzy, wydarzy się w  granicach rozsądku... wieczorem, ponie­waż nawet prawe połączenie  jest ciągle niebezpieczne, za wyjątkiem tego, które podejmuje się w celu  spłodzenia dziecka ".

Seks jako akt, który urealniał istnienie jednostki, zagrażał religijnym dąże­niom do  panowania nad społeczeństwem.

Jak głosił Klemens,

„żądzy nie jest łatwo opanować,  gdyż jest ona pozbawiona strachu...".

Wyparcie wolnej woli i potępienie uciech  erotycznych ułatwiło panowanie nad ludźmi. Augustyn pisał:

 „...z natury rzeczy, człowiek został tak stworzony,   posłuszeństwo jest dla niego korzystne, zgubne dla niego jest  podążanie za jego własną wola a nie wolą jego stwórcy...”

Uważał także, że

 „grzech Adama był zlekceważeniem autorytetu Boga... co właśnie  pociągnęło za sobą potępienie...".

W 416 roku Augustyn pisząc do biskupa Rzymu  uprzedzał go, że poglądy Pelagiusza podważyły podstawy władzy biskupów, a  pozostawienie w spokoju jego zwolenników zagraża dopiero co zdobytej sile Kościoła  katolickiego. Przyjaciel Augustyna, afrykański

biskup Alipiusz, przybył do Rzymu aby przekonać władze Kościoła, by stanęły po  stronie Augustyna przeciwko Pelagiuszowi,

jakoby przy okazji wręczając łapówkę w  postaci 80 numidyjskich ogierów.

Augustyn wygrał.

W kwietniu 418 roku papież  ekskomunikował Pelagiusza. Od tego momentu Kościół kato­licki stał się  wyznawcą doktryny o dziedziczeniu grzechu pierworodnego.

 

Nawet na początku XX wieku papież Leon XIII nadal udowadniał, że naj­wyższa  kara daje się uzasadnić następująco:

 „Kara śmierci jest niezbędnym i skutecznym środkiem dla osią­gnięcia  celu Kościoła, gdy buntownicy wystąpią przeciw niemu i naruszą jedność  duchową; szczególnie uporczywi heretycy i here­tyczki nie mogą być  powstrzymani przez jakiekolwiek inne kary przeznaczone dla  postępującej dezorganizacji porządku ducho­wego i nakłaniania innych  do wszystkich rodzajów przestępstw... Gdy zepsucie jednego lub kilku jest  obliczone na przyniesienie zguby wielu dzieciom, i jeśli nie będzie innych  środków do zba­wienia tych ludzi, to obowiązkiem jest skuteczne ich  usunięcie przez skazanie tych nikczemników na śmierć.”

(Bóg zabronił w dekalogu zabijania)

 

Inną kwestią sporną były poglądy Manicheusza, które dotyczyły wypierania się  przez Kościół jego własnej ideologii, gdy staje się ona mało popularna lub nie przynosi  korzyści. Nauka Manicheusza, którą w trzecim wieku zaczęli gło­sić jego zwolennicy,  perscy manicheiści, była logiczną konsekwencją wiary w jedyne zwierzchnictwo.

Wiara  w jedynego wszechmocnego Boga często wywo­ływała pytania, dlaczego na świecie jest  tyle bólu i zła, dlaczego wszechmogą­cy Bóg, który stworzył wszystkie rzeczy,  stworzył również ludzkie cierpienie?

 

 Najbardziej rozpowszechnioną odpowiedzią na te  pytania jest istnienie prze­ciwstawnych sił, mocy, czy też boskie stworzenie zła;

diabeł  musi istnieć.

Będąc w zgodzie z tymi poglądami manichejczycy zale­cali  surowy ascetyzm i odsunięcie się od rzeczywistego świata.

 

Kobiety, kuszące mężczyzn

  ziemskimi przyjemnościami i rodziną, uważane były za część mocy samego szatana.

 

 Aby być bliżej Boga manichejczycy wierzyli, że jednostka musi wyrzec się  wszystkiego, co mogłoby przywiązać ją do życia docze­snego”.

 

Więcej w nadesłanej publikacji


-szukam-



 




Józef Siemek

"Śladami Klątwy"

Fragmenty:

KLĄTWA

l. POCHODZENIE

Klątwa, zwana także ekskomuniką lub anatemą, trzymała ludzkość w obłędnym strachu przez wieki, docierała do każdego zakątka, zagrażała każdemu człowiekowi.

 

Klątwa strącała z tronów, wypędzała z domu i z kraju, rzucała poszczególne jednostki, grupy i całe narody przeciw sobie.

 

Jeden człowiek w Rzymie przy pomocy klątwy był w stanie postawić narody pod bronią, choć sam broni nie posiadał, potrafił obalać pokój i wzbudzać w ludziach zwierzęce instynkty. Jednych wyklinał, drugich błogosławił. Sojusznikiem papieża była ciemnota i nieświadomość narodów·i ludzi; którzy drżeli na samą myśl o klątwie, oraz zabobonny lęk przed piekłem i nieszczęściami doczesnymi, które klątwie lub jej groźbie towarzyszyły.

 

Trzeba było nadzwyczajnej odwagi, aby się jej nie ulęknąć, aby w boju nie porzucić zagrożonego ekskomuniką czy już ekskomunikowanego dowódcy, aby nie złamać przysięgi wierności złożonej władcy, który znalazł się w zasięgu ekskomuniki, aby nie wyrzec się wyklętego ojca czy matki, syna czy córki, siostry czy brata. Klątwa była w stanie zerwać wszelkie więzy rodzinne, narodowe, pozbawić człowieka podstawowych źródeł utrzymania i skazać na śmierć głodową, odebrać mu cześć i poważanie. Nieszczęsny wyklęty miał tylko dwie drogi do wyboru: albo trzymać hardo wyprostowany kark i wtedy najczęściej w osamotnieniu i pohańbieniu ginął, albo też zgiąć kark, upokorzyć się, opłacić i żyć dalej. Przede wszystkim klątwa była niezastąpionym sposobem i orężem w walce z każdym przeciwnikiem zagrażającym w pierwszym rzędzie politycznemu, a następnie finansowemu autorytetowi kościoła. Klątwa odgrywała konkretną rolę w kościele, spełniającym dotychczas zawsze służebną funkcję polityczno-społeczną wobec klas posiadających i rządzących, funkcję hamującą postęp.

 

Nasuwa się pytanie, skąd wzięła się ta ponura, potworna zmora, ten przez tyle wieków trapiący ludzkość, zagrażający postępowi, wolności i uczciwości bezlitosny miecz wojującego kościoła? Jaka jest jej metryka i rodowód, jaki był jej rozwój, jej rytuał i przepisy, które nią rządziły? Klątwa nie była wymysłem i tworem kościoła rzymskiego.

Już w ustroju wspólnoty pierwotnej istniało wiele zakazów, których przekroczenie mogło na winnego ściągnąć nieszczęście. Czasem (gdzieniegdzie aż po dzień dzisiejszy) zakazy nosiły nazwę tabu, kiedy indziej - kapu. “Za pomocą kapu (tabu) kapłani rządzili ziemią i wszystkim, co ona wydawała lub co się w niej znajdowało; rządzili każdą rodziną, każdą jednostką, jej mieniem i czynami, kuchnią, żołądkiem i wszystkimi potrzebami. Tabu przeto było liczne, drobiazgowe i obejmowało całe życie człowieka... Kara śmierci oczekiwała człowieka za dotknięcie się kamienia lub drzewa świętego. Kara śmierci za zabicie lub zranienie zwierzęcia świętego. Kara śmierci za naruszenie porządku lub przerwanie ciszy w czasie ofiar publicznych, modłów. Karę śmierci pociągał za sobą zarzut niereligijności.

Podobała się kapłanowi pewna miejscowość - rzucał na nią tabu. Wtedy stanąć tu mogła tylko świątynia dla boga lub dom dla kapłana. Potrzeba było materiałów budowlanych na wzniesienie świątyni lub domu dla kapłana - rzucano na nie tabu i wtedy nie mogły one być na nic innego użyte; rzucali kapłani tabu na dni stosowne dla budowania świątyni lub domu - i dni te nie mogły być na inną pracę użyte. Tabu dostarczało zawsze kapłanom wszystkiego, wyniósłszy ich ponad zwykłych ludzi. W braku na przykład dostatecznej ilości homarów lub kur na pożywienie dla kapłanów, rzucano tabu na homary lub kury i wtedy wszystko musiało być oddane na potrzeby kapłanów, gdyż zwykłym ludziom spożywać tych zwierząt nie było wolno; za kęs takiego jadła można było stracić życie.

Rzucenie tabu na człowieka było wyklęciem, pozbawiało wszystkich praw, rodziny, towarzystwa. Skazywało na tułactwo, odosobnienie, a ten tylko mógł je zdjąć z grzesznika, kto je rzucił"*.( J. Budziło i S. Dybowski: “Z dziejów postępu” LSW, Warszawa 1960; s. 29 - za Wacławem Nałkowskim.)

Klątwa była już od najdawniejszych czasów środkiem karnym stosowanym przez kapłanów u Hindusów, Babilończyków, Żydów, Egipcjan i Greków. Polegała na zakazie uczestniczenia w ofiarach i nabożeństwach; w okresie późniejszym objęła wszystkie formy życia, jak również stosunki gospodarcze, a nawet więzy rodzinne. W trzech językach narodów starożytnych: greckim, łacińskim i hebrajskim, określenie klątwy ma identyczne znaczenie: "odłączenie" - i do dzisiejszej mowy potocznej przeszło w sensie odłączenia od boga dla przekazania mocom piekielnym, przeklęcia i potępienia. W Grecji znano i stosowano klątwę w trzech odmianach: wykluczenie z rodziny, odsunięcie od obrzędów religijnych i zakaz przyjmowania wyklętego pod wspólny dach i zasiadania z nim przy jednym stole. Od Greków przejęli klątwę Rzymianie, stosując ją nieco rzadziej. W prawie Dwunastu Tablic określenie - oznaczało wyjętego spod prawa; takiego można było bezkarnie zabić. W De bello Gallico opowiada Cezar o klątwach rzucanych przez Druidów: "Ludzie dotknięci klątwą uchodzili za zbrodniarzy i nieczystych; unikano zetknięcia się i rozmowy z nimi. Odmawiano im wszelkich praw i sprawiedliwości, byli wykluczeni od urzędów i godności, umierali bez pomocy i honoru".

Żydzi stosowali klątwę w dwóch wypadkach: nieczystości i zbrodni. Prawo do jej ogłoszenia posiadali kapłani. Człowiek wyklęty skazany był na zagładę wraz z całym swoim mieniem; miasto wyklęte ulegało kompletnemu zburzeniu; ziemię wyklętą posypywano solą, aby nie rodziła. "Pod hairem" znaczy i dziś: niech będę przeklęty, jeżeli tego nie uczynię. W Starym Testamencie zakorzeniła się klątwa już na dobre i stamtąd weszła do Ewangelii. Historycy kościoła w oparciu o Ewangelię wyliczają nawet dwadzieścia cztery przyczyny rzucenia klątw. Wśród nich jest np. fakt posiadania psa gryzącego przechodniów i używanie w czasie składania ofiar zanieczyszczonego noża.

 

2. KLĄTWA W KOŚCIELE KATOLICKIM

Stąd przeszła klątwa do pierwotnego chrześcijaństwa. Kościół rzymskokatolicki chcąc udowodnić, że klątwa jest nakazem boskim, ewangelicznym i apostolskim, cytuje ustępy z Biblii. Oto niektóre z nich:

"Jeśliby zaś zgrzeszył przeciwko tobie brat twój, idź, a upomnij go w cztery oczy. I gdyby cię usłuchał, pozyskasz brata twego. Ale jeżeli ciebie nie usłucha, weźmij z sobą jeszcze jednego albo dwóch, aby na zeznaniu dwóch albo trzech świadków opierała się wszelka sprawa. A jeśliby ich nie usłuchał, powiedz kościołowi. A jeżeliby i kościoła nie usłuchał, niech ci będzie jako poganin i celnik" (Mt. 18.15-17).

"Kto nie będzie tkwił we mnie, odrzucony będzie precz niby latorośl i uschnie; zbiorą ją, do ognia wrzucą i zgorzeje" (Jan 16. 6).

Kościół w początkowym okresie swojego istnienia stosował karę ekskomuniki do tych wiernych, którzy wypaczali jego naukę, na własny sposób tłumaczyli sobie Pismo święte, poddawali w wątpliwość niektóre z głoszonych "prawd religijnych". Począwszy od V wieku pole działania klątwy rozszerza się na osoby nie będące członkami kościoła, obejmuje zagadnienia polityczne i gospodarcze, zawsze jednak pod spreparowanymi hasłami obrony religii i moralności. Kościół zdobywając sobie pozycję religii państwowej i - co za tym idzie - wielu ówczesnych panujących, zaczyna głosić swój ą niezależność i wyższość nad wszystkimi monarchami, prawami i ustrojami. Zgodnie z paragrafem pierwszym kanonu 2214 prawa kanonicznego:

"Kościół ma wrodzone, własne, od żadnej władzy ludzkiej niezależne prawo karania przestępców sobie podległych karami tak duchownymi, jak i doczesnymi"*.(Ks. Fr. Bączkowicz: Prawo kanoniczne., Wyd. II, 1958; t. III, s. 346)

Prawo kościoła do wyklinania nie było początkowo oparte na żadnych pisanych kodeksach. Po prostu kościół powoływał się na Pismo święte i na ustną tradycję. Dopiero w wieku IV, po soborze nicejskim (325), pojawiają się w formie pisemnej pierwsze uchwały i zarządzenia władzy kościelnej. Z biegiem czasu ilość tych dekretów wzrasta i zachodzi konieczność zebrania ich i uporządkowania. Robi to w latach 1189-1150 mnich boloński Gracjan. Dzieło Gracjana można uważać na podstawę prawodawstwa kanonicznego. W 1542 roku zostaje powołana do życia przez papieża Pawła III - jako pierwsza zorganizowana komórka aparatu rzymskiego - Święta Kongregacja Inkwizycji; nazwana-później Świętym Oficium. W roku 1580 papież Grzegorz XIII zatwierdził jednolity tekst prawa kościelnego i nadał mu nazwę Korpusu Prawa Kanonicznego, nazwanego później przez Benedykta XV Kodeksem. Następne zasadnicze zmiany wprowadził do Kodeksu dopiero tenże papież Benedykt XV w roku 1917.

W Kodeksie tym ostatnia, piąta księga obejmuje przepisy karne i tam również znajdujemy formułki dla interesujących nas kar: klątwy i interdyktu. Np. kanon 2257 paragraf 1 tegoż Kodeksu mówi: "Ekskomunika jest cenzurą (karą), która ochrzczonego wyklucza ze współuczestnictwa z wiernymi"**.( Ks. Fr. Bączkowicz: Prawo kanoniczne., Wyd. II, 1958; t. III, s. 435.)

Prawo kanoniczne rozróżnia wprawdzie różne stopnie ekskomuniki, w zależności od rozmiarów przestępstwa, ale - jak postaramy się wykazać na przykładach - podział ten był tylko teoretyczny, gdyż klątwą szafowali wszyscy, klątwą szafowano wobec wszystkich i na zasadach całkowitej dowolności z punktu widzenia rozmiarów “przestępstwa" oraz okoliczności jego popełnienia. Jakie skutki pociągała za sobą klątwa? Wspomniane prawo wylicza ich kilka. Jest tu i zakaz brania udziału w obrzędach religijnych, i zakaz przyjmowania sakramentów, odmowa pogrzebu chrześcijańskiego aż do wyrzucenia z cmentarza, niedopuszczenie do odpustów, pozbawienie wszelkich administracyjnych stanowisk przy kościele, zakaz świadczenia w sądzie, trzymania do chrztu, korzystania ze źródeł dochodowych, stykania się z wiernymi itp. Dziś oczywiście z uśmiechem podchodzimy do tych kar i gróźb. Ale przed wiekami klątwa była ogromnym nieszczęściem, straszliwym narzędziem. Tym bardziej że niewinny dziś punkt zakazujący obcowania z wyklętymi wtedy był na ogół wyrokiem śmierci.

Kanon 2267 tak mówi o tej sprawie: "Wierni powinni unikać obcowania z nietolerowanym (imiennie wyklętym) także w sprawach świeckich... Nie wolno więc z ekskomunikowanyrn rozmawiać, do niego pisać, z nim się modlić, razem mieszkać, pracować, zapraszać go do stołu"*.(" Ks. Fr. Bączkowicz: Prawo kanoniczne, jw., s. 445.)

Biada również tym, którzy litują się nad wyklętym i pomagają mu: "Ci, którzy ekskomunikowanemu w jakikolwiek sposób pomagają lub sprzyjają w przestępstwie, z powodu którego został ekskomunikowany, popadają tym samym w ekskomunikę zastrzeżoną Stolicy Apostolskiej w zwykły sposób. Pomaga ekskomunikowanemu, kto mu dostarcza środków materialnych, np. przyjmuje go lub ukrywa, daje mu pieniądze lub utrzymanie itd.; sprzyja, kto mu udziela poparcia moralnego, np. wstawia się za nim, broni go, pochwala popełnione przestępstwo itd."*.(Ks. Fr. Bączkowicz: Prawo kanoniczne, jw., s. 513.)

Tu również, aby usprawiedliwić tak straszliwą karę, niezgodną przecież z przykazaniem o miłowaniu bliźniego i "nieprzyjaciół waszych", kościół powoływał się na głosy świętych i największych swych ojców. Przytaczało się i jeszcze dziś się przytacza fragment z Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian:

"Jeśli ten, który się bratem waszym mieni, jest rozpustnikiem albo skąpcem, albo bałwochwalcą, oszczercą, opojem lub grabieżcą, abyście z takim nawet pokarmu nie spożywali". (5.11)

Czy z Listu św. Pawła do Rzymian:

"A proszę was, bracia, abyście się strzegli tych, którzy wywołują zwady i zgorszenia wbrew pouczeniom; któreście otrzymali. Strońcie od nich". (16.17)

Wreszcie z Drugiego Listu św. Jana: "Jeśli kto przychodzi do was, a nauki tej nie przynosi, nie. przyjmujcie go do domu, ani też pozdrawiajcie". (10)

Te słowa wystarczały, aby kilka wieków później byle pleban czy biskup każdego, kto nie chciał dać dziesięciny - mógł nazwać skąpcem, każdego, kto ożenił się z ukochaną proboszcza - rozpustnikiem, każdego kto usiłował odebrać zabraną nieprawnie przez klasztor ziemię - grabieżcą. Stąd już krok do klątwy. Jeżeli wyklęty miał odwagę lekceważyć sobie klątwę, wyklinający mógł rozciągnąć ją na całą jego rodzinę i przyjaciół. Jeżeli właściciel wsi przez sześć miesięcy nie kupił sobie rozgrzeszenia od klątwy, w klątwę wpada i wszyscy jego poddani. Również i sądy odmawiały wyklętemu drogi do szukania sprawiedliwości. Mówiono: klęty nie jest przypuszczon do prawa". Przez dłuższy czas, szczególnie w XV wieku, podporą klątwy są prawa świeckie. W Polsce według edyktu wieluńskiego z 1424 roku, wyklęty za "herezję" otrzymywał przydomek infamisa, czyli człowieka bez czci. Karę niesławy i pozbawienia czci obywatelskiej (infamia iuris) przewidywało również prawo kanoniczne. Od kary tej, jednej z najcięższych, nie mógł zwolnić ani biskup, ani sędzia. Kanon 2295 brzmi: "Infamia prawna ustaje tylko przez dyspensę papieską". W rejestrze przyczyn ściągających tę karę był i paragraf, który mówił o "znieważeniu papieża, kardynałów, legatów papieskich". Nietrudno sobie wyobrazić, jakie szerokie pole do wszelkich nadużyć dawała tak elastyczna definicja. Infamisowi odbierano majątek, wszystkie godności i urzędy i skazywano go na banicję, czyli na wygnanie poza granicę własnego kraju. Jeżeli banita dobrowolnie nie opuścił kraju, mógł być uwięziony, a następnie skazany na śmierć. Banita pozbawiony był opieki prawnej, każdy więc mógł go bezkarnie pozbawić życia. Sprawców zamordowania banity nawet nagradzano. W roku 1458 wydane zostało w Polsce nowe prawo, które pozwalało starostom sekwestrować majątek tego, który pozostaje pod klątwą ponad rok.

Zgodnie z prawem kościelnym wyklinać mógł tylko papież oraz biskupi na terenie swoich diecezji. Wykażemy na przykładach, że "prawo" to w praktyce wyglądało inaczej: po prostu wyklinał, kto chciał.

Prawo kościelne mówiło również, kogo i za co należy wyklinać. Decydował oczywiście moment interesu politycznego lub gospodarczego. Ale znane są także fakty rzucania klątwy za zranienie konia należącego do klasztoru, za nałożenie cła na piwo przeznaczone dla kanoników. Klątwa spadała nawet na zwierzęta i owady dokuczliwe dla dostojników. Gdy św. Bernard poświęcał w upalne lato kaplicę w opactwie Foigny, przeszkadzały mu roje natarczywych much. Zdenerwowany, powiedział: “Excomunico eas”(wyklinam je) i... muchy ponoć odleciały. Znane są także wydane przez konsystorze biskupie w Troyes (1506) i w Langres (1564) dekrety: ekskomunikujące szkodliwe owady.

Wstydliwe fakty wyklinania przez kościół owadów, gryzoni, przeróżnych zwierząt, skrzętnie ukrywane, mają swoją bogatą historię, dokumentację, prawne i teologiczne uzasadnienia. Dość wspomnieć św. Tomasza z Akwinu, który w "sposób naukowy" głosił: "...jeśli plagą zwierzęcą posługują się moce piekielne, właściwe jest ją wykląć". "Uczony", aż z pięciu obszernych części składający się traktat “O ekskomunice stworzeń w kształcie owadów” napisał w r. 1530 w Lyonie niejaki Bartłomiej de Chassenee, wychowanek francuskich i włoskich uniwersytetów...

Znacznie jednak wcześniej, bez podstaw "naukowych",

spadała klątwa na owady i inne nieludzkie stworzenia.

Wiadomo np., że już w r. 864, na synodzie w Wormacji, jego świątobliwi uczestnicy wydali oficjalny

wyrok śmierci na pszczoły, które zakłuły człowieka.

 A w r. 1120 w Laou miejscowy rząd biskupi rzucił klątwę na gąsienice, które odważyły się zaatakować diecezjalne pola.

Rozprawy sądowe przeciwko owadom i zwierzętom, prowadzone przed trybunałami duchownymi, odbywały się zawsze zgodnie z obowiązującym prawem, ceremoniałami, ustalonymi terminami, z udziałem obrońców, oskarżycieli i, oczywiście, schwytanych szkodników. Warunkiem jednak rozpisania rozprawy było zawsze odbycie pokuty i uiszczenie odpowiednich opłat przez poddanych biskupich czy zakonnych.

W zapiskach szwajcarskiego kronikarza Schilinga znajdujemy tekst klątwy rzuconej w r. 1478 na żuki, zwane "inger". Oto on: "My, Benedykt z Montferrand, biskup Lozanny, wysłuchawszy skarg szlachetnych i potężnych panów z Berna na ingera oraz nieprzekonywującej, niegodnej uwagi odpowiedzi onegoż ingera, i wzmocniwszy się mocą Krzyża św., ze strachem Boga w sercu, od którego jedynie pochodzą wszystkie sądy sprawiedliwe, za poradą mężów uczonych w prawie przyznajemy i stwierdzamy niniejszym pismem, że skarga na podłego szkodnika, ingera, psującego zioła, winnice, łąki i zboża, i inne płody ziemi, jest słuszna i że wobec tego ma on być w sobie swego obrońcy, Jeana Perrodet, poddany egzorcyzmom. Zgodnie z wyrokiem rzucamy na ciebie klątwę, nakazujemy posłuszeństwo i wyklinamy cię w imię Ojca i Syna, i Ducha św., każąc ci odejść. Mocą powyższego wyroku ogłaszam i stwierdzam, żeś wyklętym banitą i przez Boga Wszechmogącego zwać się będziesz przeklętym i z dnia na dzień będziesz wymierał, dokąd byś się nie udał, aż nic z ciebie nie zostanie..."

Surowo według prawa kanonicznego traktowani są ci, którzy ośmielają się apelować od zarządzeń papieskich do innej władzy, kościelnej czy świeckiej, a także ci, którzy dybią na własność kościoła. Podlegają oni klątwie papieskiej:

"Wszyscy razem i każdy z osobna bez względu na stan, stopień i stanowisko, nawet królewskie, biskupie czy kardynalskie, którzy od ustaw, dekretów lub rozporządzeń rządzącego papieża apelują do soboru powszechnego... popadają tym samym w ekskomunikę zastrzeżoną Stolicy Apostolskiej*. (kanon 2332) (Ks. Fr. Bączkowicz: Prawo kanoniczne, jw., s. 508.)

"Ci, którzy odwołują się do władzy świeckiej, aby spowodować zakaz pism lub jakichkolwiek innych akt wydanych przez Stolicę Apostolską lub jej legatów; ci, którzy bezpośrednio lub pośrednio zabraniaj ą ogłoszenia albo wykonania tych pism lub akt... tym samym popadają w ekskomunikę zastrzeżoną Stolicy Apostolskiej"* (kanon 2333). (Ks. Fr. Bączkowicz: Prawo kanonoczne, jw., 508-509.)

"Kto przywłaszcza sobie lub zatrzymuje osobiście lub przez innych dobra lub prawa należące do Kościoła rzymskiego, popada w ekskomunikę zastrzeżoną Stolicy Apostolskiej"** (kanon 2345). (Ks. Fr. Bączkowicz: Prawo kanonoczne, j.w. str. 526-527.)

Anatema wykluczając człowieka ze społeczeństwa kościelnego i świeckiego nie wykluczała go jednak nigdy z budżetu kościelnego. Wyklęty nie miał do nikogo dostępu, z wyjątkiem osób duchownych, o ile do nich przychodził z gotówką. Prawo kościelne wyraźnie to stwierdza w paragrafie 2 kanonu 2262: "Duchowni mogą jedynie odprawić za niego mszę św. prywatnie, tak jednak, by nie wywołać zgorszenia... Również wierni mogą tylko prywatnie... ofiarować za niego swoje prywatne wstawiennictwo, np. posty i jałmużnę itp."***. (Ks. Fr. Bączkowicz: Prawo kanoniczne, jw. str. 441.)

3. RYTUAŁ

Klątwa działała nie tylko swoją antyspołeczną i antyludzką treścią i następstwami, ale również odpowiednio wyreżyserowanym aż do szczegółów ceremoniałem. Ceremoniał poprzedzający klątwę, towarzyszący jej i następujący po niej był straszliwie ponury, budził dreszcze grozy i przerażenia. Miał on na celu wywołanie strachu zarówno u wyklinanego, jak i u świadków. Władza kościelna, wydając jakąkolwiek decyzję czy wyrok sądu duchownego, zabezpieczała jego wykonanie groźbą klątwy. Wyrok taki miał być w ciągu sześciu dni wykonany. Jeżeli termin nie został dotrzymany, następowało trzykrotne (co dziesięć dni) upomnienie oskarżonego czy skazanego. Po trzydziestu dniach, jeżeli i one nie przyniosły zmian, delikwent popadał w klątwę, którą duchowni we wszystkich kościołach na terenie kraju mieli. obowiązek ogłosić. Po następnych dziesięciu dniach, jeżeli skazany w dalszym ciągu trwał w uporze i nie chciał zastosować się do wyroku, następowało uroczyste ogłoszenie klątwy. Obrzęd ten odbywał się w kościele, u stóp ołtarza. "Wyklinano przy zapalonych świecach, bijąc w jedną stronę dzwonu i śpiewając psalmy"*. (W. A. Maciejewski: “Polska pod względem, obyczajów a zwyczajów” Petersburg i Warszawa 1842; t. I, s. 171.) Podnoszono krzyż, osłaniano go czarną tkaniną, często jeszcze obdzierano ołtarz z wszelkich ozdób, smagano ten ołtarz rózgami, a krucyfiks i relikwie wynoszono poza kościół i rzucano w pokrzywy. Pieśni i modlitwy były specjalnie dobrane, pełne nienawiści i żądzy zemsty. Przy płonących świecach i bijących dzwonach następował koszmarny akt odczytania roty klątwy, która według wspomnianego kodeksu Gracjana brzmiała następująco:

"Przeklęty niechaj będzie tak, iż w nim zdrowego członka nie pozostanie, od wierzchu głowy, aż do stopy nożnej. Niechaj wypłyną wnętrzności jego, a ciało jego niech robactwo toczy. Niechaj będzie przeklęty z Ananiaszem i z Zaphirą, niechaj będzie przeklęty z Judaszem zdrajcą, niechaj będzie przeklęty z Abironem i z Dathanem, których ziemia żywo pożarła. Niechaj będzie przeklęty z Kainem mężobójcą, niechaj mieszkanie jego będzie spustoszone, niechaj będzie wymazany z ksiąg żyjących i pamiątka jego na wieki niechaj zginie. Niechaj na ostatnim sądzie przeklęty będzie z diabłem i anioły jego i na wieki niechaj zginie, jeśli się nie opamięta".

 

W czasach późniejszych rotę klątwy rozszerzono i uzupełniono. Oto jeden z kilku "modnych" i często wówczas używanych tekstów:

"Niech sczezną (lub sczeźnie) z głodu, pragnienia, wskutek nagości i wszelkiego rodzaju utrapienia.

Niech znoszą nędzę, choroby zaraźliwe i wszelkie męki.

Własność ich niech będzie przeklęta. Niech żadne błogosławieństwo, żadna modlitwa na nic im się nie przyda, lecz raczej obróci się w przekleństwo.

Przeklęci niech będą zawsze i wszędzie.

Przeklęci niech będą w nocy, w dzień i o każdej godzinie; niech będą przeklęci w domu i poza domem; niech będą przeklęci w polu i na wodzie; niech będą przeklęci od wierzchołka głowy do podeszwy stóp swoich.

 Ich oczy niech będą ślepe, ich uszy głuche, ich usta nieme; ich język niech przyschnie do podniebienia.

 Niech ręce ich nie chwytają, niech wszystkie ich członki będą przeklęte.

 Niech będą przeklęci teraz i na wieki wieków.

Niech będą przeklęci stojąc, leżąc, siedząc, cacando (załatwiając potrzebę fizjologiczną).

 Niech będą pochowani jak psy albo osły.

 Niech żarłoczne wilki pożrą ich ciała.

Niech diabeł i aniołowie ich wciąż im towarzyszą" (Y. Guyot: “Studia o doktrynach socjalnych chrześcijaństwa. Warszawa 1906; s. 151)

W odniesieniu do konkretnych osób czy przypadków tekst klątwy ulegał odpowiednim przeróbkom i modyfikacjom. Podajemy dwa przykłady tekstu klątwy rzuconej w dwóch różnych okresach historycznych na dwie różne osoby i za różne przewinienia. Klątwa papieża Grzegorza VII rzucona w wieku XI na cesarza Henryka IV:

"...W tym zaufaniu, ku czci i ochronie Twojego Kościoła,

w imieniu Wszechmogącego Boga, Ojca, Syna i św. Ducha,

mocą Twej władzy i Twej powagi, królowi Henrykowi, synowi cesarza Henryka, który z niesłychaną dumą zbuntował się przeciw Twemu Kościołowi,

zabraniam rządów nad całym niemieckim i włoskim państwem

i rozwiązuję wszystkich chrześcijan z zaprzysiężonych zobowiązań,

jakie świadczyli mu i będą świadczyć,

zakazuję też każdemu, by mu służył jako królowi. Bo kto próbuje cześć Twego Kościoła uszczuplić, ten zasługuje, aby stracił cześć, którą, zdaje mu się, że posiada. A ponieważ, jako chrześcijanin, nie chciał być posłuszny i nie wrócił do Boga, którego opuścił, lecz razem z ekskomunikowanymi utrzymywał spólnictwo, dopuścił się wielu bezprawi, upomnieniami, które mu przepisałem, dla jego zbawienia pod Twoim zaświadczeniem, wzgardził i oddzielił się od Kościoła w prostym zamyśle rozdzielenia go, przeto na Twoim miejscu związuję go węzłem klątwy i w ufności do Ciebie takim sposobem, aby wszystkie ludy wiedziały i dowiedziały się, że Ty jesteś Piotr i że Syn żywego Boga zbudował Swój Kościół, i że bramy piekielne nie zwyciężą go*.(J. Putek “Mroki średniowiecza” Kraków 1956; str. 11-12)

Klątwa papieża Leona XIII rzucona w roku 1896 na księdza Stanisława Stojałowskiego:

"...orzeka najwyższa Św. Kongregacja (Officii), że stwierdzone są zuchwalstwo i upór księdza Stanisława Stojałowskiego, a dlatego ogłasza i wydaje wyrok, że tenże ksiądz Stojałowski publicznie popadł za wspomniane przekroczenia pod karę klątwy samym prawem kanonicznym ustanowionej (latae sententiae), a o ile tego potrzeba, tym dekretem publicznym nakłada i wymierza tę klątwę ze wszystkimi jej skutkami na tegoż księdza Stanisława Stojałowskiego orzekając, że powinien być unikanym i należy go unikać. A dekret ten należy przesłać Ordynariuszowi lwowskiemu obrządku łacińskiego i jego Sufraganom tegoż obrządku, tudzież Ordynariuszowi wrocławskiemu i Ordynariuszowi antywarskiemu i przez nich albo przez jednego z nich ogłosić, komu potrzeba. Jos. Can. Mancini Notariusz Św. Rzymskiej i Powszechnej Inkwizycji".

...i zarządzenie wykonawcze biskupa przemyskiego Soleckiego:

"...Taką to karę ściągnął na siebie ksiądz Stanisław Stojałowski przez swój zuchwały upór w złym. A kara to nader ciężka, bo klątwa wyłącza wyklętego ze społeczeństwa wiernych i pozbawia go uczestnictwa w łaskach i dobrach duchownych, zwłaszcza że kapłan ten został wyklęty imiennie tak, że należało go unikać. Nieszczęsny ten kapłan, dopóki się nie nawróci i nie pojedna z Bogiem i Kościołem, nie może odprawiać Mszy świętej i to pod ciężkim grzechem, a kto by mu do takiego świętokradztwa dopomagał, pozwalając mu odprawiać Mszę świętą w swym domu, gdyby mu do Mszy świętej służył lub tylko dobrowolnie słuchał tej Mszy św. lub innych do słuchania tej Mszy nakłaniał, taki stałby się winnym świętokradztwa, pod groźbą klątwy kościelnej, zastrzeżonej Ojcu Świętemu. Nie wolno też temu kapłanowi wskutek tej klątwy przyjmować Sakramentów świętych lub udzielać, chyba umierającemu, gdyby żadnego innego kapłana nie było. Nie wolno mu być obecnym na publicznych nabożeństwach w kościele, z wyjątkiem kazania, na Mszy świętej i nieszporach, jako też na procesjach, a gdyby zjawił się w kościele w czasie Mszy świętej, ma być wezwany, aby wyszedł z kościoła natychmiast, a gdyby nie chciał ustąpić i nie dał się wyprowadzić, to wierni wszyscy mają wyjść z kościoła, a tylko kapłan z ministrantem zostają, a skoro tylko wypije z kielicha Krew Przenajświętszą, zaraz ma odejść od ołtarza i dokończyć Mszę świętą w zakrystii, byle nie wobec wyklętego.

Gdyby wyklęty umarł  nie  pojednawszy się

z Kościołem, nie wolno go pochować

w miejscu poświęconym,

a gdyby tam został pochowany, to cmentarz byłby z tego powodu znieważony i musiałby na nowo być poświęcony.

 

Nie wolno też z takim wyklętym przestawać i żyć w poufałości. Nie wolno okazywać mu osobliwych znaków poszanowania, przysłuchiwać się jego naukom, zapraszać go na uczty itp. A gdyby ktokolwiek przez takie w codziennym życiu obcowanie z wyklętym narażał się na niebezpieczeństwo zgorszenia i zepsucia lub gdyby tym obcowaniem utwierdzał wyklętego w uporze, jakoby mówiąc doń: nie bój się, księże, stoimy przy tobie, nie damy cię itp., taki człowiek stałby się winnym grzechu ciężkiego, a nadto - oprócz grzechu śmiertelnego ściągnąłby na siebie klątwę, od której tylko Ojciec św. uwolnić może. Każdy, który by popierał wyklętego w tym postępku, za który tenże wyklęty został, a więc kto by ks. Stojałowskiemu dopomógł w rozsiewaniu błędów przeciwko nauce Kościoła świętego i wydawaniu pism, czyli gazetek potępionych przez Nas i Najprzewielebniejszych Biskupów tej prowincji, jako też w wydawaniu pism przeciw temu dekretowi Najwyższego Trybunału św. Inkwizycji, czyli kto by te zakazane pisma ks. Stojałowskiego przyjmował, czytał, przechowywał, innym rozdawał lub do wydawania i rozpowszechniania tych pism przyczyniał się pieniędzmi (prenumerując) lub radą, lub jakimkolwiek sposobem, taki człowiek popadłby w klątwę kościelną Ojcu Św. zastrzeżoną...* (J. Putek “Mroki średniowiecza” j.w. s. 86-88.)

Werdykt ten odczytano w jedną niedzielę we wszystkich kościołach w Galicji i na Śląsku. W niektórych religijnych pismach ukazały się odpowiednie artykuły o wymownych tytułach, np. “Na pal z nim!” To działo się w roku 1896...

Zgodnie z kanonicznymi przepisami po odczytaniu roty klątwy odwracano świece płomieniami w dół, rzucano na podłogę i deptano. Następnie kler wraz z wiernymi wychodził przed bramę kościoła i na znak przekleństwa wiecznego rzucał trzy kamienie w kierunku domu osoby lub osób wyklętych. Bywało, że i to widowisko nie odnosiło skutku. Wyklęty nie chciał ugiąć się. Wówczas po dziesięciu dniach wzywano po trzykroć rodzinę i służbę ekskomunikowanego, aby zerwali z nim jakiekolwiek stosunki. Nie zawsze rodzina i służba dawały temu rozkazowi posłuch. Wtedy, po tzw. kanonicznym "ojcowskim" upomnieniu, na wszystkich, którzy mieszkali w tej samej miejscowości, co krnąbrny i zatwardziały grzesznik rzucano interdykt.

4. INTERDYKT

Interdykt jest w zasadzie klątwa zbiorową. Piszę: jest, gdyż - podobnie jak klątwę - do dziś Kodeks Prawa Kanonicznego traktuje interdykt jako prawo obowiązujące wszystkich członków kościoła katolickiego. Interdykt może być osobowy, gdy chodzi o jednego człowieka, co należało do przypadków rzadkich, lub o grupę ludzi - i miejscowy, gdy dotyczy pewnego obszaru. Interdykt może być nakładany na całe narody i państwa, na prowincje i miasta, na diecezje i parafie. Interdykt pozbawia częściowo prawa uczestniczenia w nabożeństwach, nie zezwala na pogrzeb chrześcijański. Znajdujący się na terenie wyklętym ksiądz, sam nie objęty interdyktem, może odprawiać mszę, ale przy drzwiach zamkniętych i bez dzwonienia. Nie wolno mu udzielać żadnych błogosławieństw, nie wolno mu śpiewać podczas mszy ani używać uroczystych szat liturgicznych. Z pierwszymi interdyktami spotykamy się już w wieku VI, ale wówczas mają one charakter cząstkowy, pociągają za sobą w zasadzie drobne następstwa, na przykład odmówienie pogrzebu chrześcijańskiego. Dopiero w wiekach XI-XIV, w okresie rosnących walk o wpływy i władzę między zwierzchnictwem świeckim i kościelnym, interdykt staje się karą często przez kościół stosowaną.

Historia zna wypadki rzucania interdyktów na całe państwa. Szkocję w roku 1180 ukarał interdyktem papież Aleksander III za to, że panujący nie chciał dopuścić narzuconego przez Rzym biskupa do objęcia diecezji. Papież Innocenty III w roku 1200 obłożył interdyktem całą Francję za rozejście się króla Filipa Augusta z żoną. Tenże sam papież dotknął karą interdyktu w roku 1209 nie mogąc znieść polityki króla  Jana bez Ziemi.  W roku 1606 cała Republika Wenecka znalazła się pod interdyktem rzuconym przez papieża Pawła V. Zaczęło się od tego, że w roku 1603 rząd wenecki nie zgodził się na budowę klasztorów i kościołów bez pozwolenia władzy państwowej, a w 1605 wydał zakaz dokonywania zapisów majątków przez osoby świeckie na rzecz kościoła. W dodatku senat wenecki oddał pod sąd świecki dwóch duchownych stojących pod zarzutem popełnienia przestępstw karnych. Ówczesny papież, Paweł V (1605-1621), sprzeciwił się tym wszystkim decyzjom państwowym; a kiedy senat oddalił ten protest - rzucił klątwę na Leonarda Donato, dożę weneckiego, a całą Republikę Wenecką obłożył interdyktem. Ciągnący się aż do kwietnia 1607 roku i słynny na cały ówczesny świat spór dogmatyczny, a nawet państwowy - gdyż niektóre państwa, jak np. Hiszpania, zastanawiały się nad przyjściem ze zbrojną pomocą papieżowi - zakończył się ugodą: papież zmuszony był znieść interdykt, a księża zostali przekazani sądowej władzy kościelnej. Jezuici jednak, główni inspiratorzy konfliktu i inicjatorzy klątwy oraz interdyktu, musieli opuścić granice Wenecji, a władza papieska doznała poważnego osłabienia.

Jeszcze w roku 1926, kiedy rząd meksykański przystąpił do realizowania przepisów konstytucji o rozdziale kościoła od państwa oraz o rejestracji i przejęciu przez państwo majątków kościelnych, meksykańska hierarchia kościelna obłożyła kraj interdyktem.· Nadzieje na to, że zawieszenie praktyk religijnych przez kler skłoni społeczeństwo do walki z rządem po stronie biskupów, zawiodły. Naród zareagował na interdykt obojętnością i wiernością rządowi. Wobec tego episkopat zmuszony był interdykt odwołać, a rząd zapewnił wolność wyznania.

Ponieważ interdykt, jako swojego rodzaju egzekucja odpowiedzialności zbiorowej, nosił w sobie zalążki odrywania od kościoła wielu wiernych niezaangażowanych w "przestępstwie", niektórzy papieże (Grzegorz IX, Innocenty III, Innocenty IV, a głównie Bonifacy VIII) wprowadzili szereg przepisów łagodzących następstwa interdyktu. Tak na przykład zezwalano na kazania i msze raz w tygodniu, na odprawianie nabożeństw cichych, bez dzwonów i śpiewów, na sumy pięć razy do roku.

Od interdyktu odróżnić należy tak zwane "ustanie służby bożej". Był to zbiorowy protest przeciw pogwałceniu praw kościelnych, na przykład przeciw zbezczeszczeniu kościoła. Kościół polski zastosował tę formę dwukrotnie w okresie niewoli: kiedy żołnierze zaborcy sprofanowali katedrę warszawską i kiedy wywieziony został arcybiskup warszawski Feliński. Wówczas zamknięto na pewien czas wszystkie kościoły warszawskie uciszono dzwony-i organy.

Przy okazji ciekawić nas musi to, że ani papież, ani urzędujący episkopat polski nie zarządził nigdy "ustania “służby bożej" w czasie okupacji, choć niejednokrotnie żołdacy hitlerowscy konno wjeżdżali do kościołów w czasie nabożeństw organizowali łapanki, pod murami świątyń rozstrzeliwali ludzi. Pamiętamy również, że nie zamilkł ani jeden dzwon, nie został na znak protestu zamknięty ani jeden kościół, kiedy w kazamatach i obozach hitlerowskich ginęli biskupi Nowowiejski, Wetmański, Kozal, Góral wraz z wieloma patriotycznymi księżmi, uczestnikami ruchu oporu. Równie upiorny, jak ceremoniał rzucania klątwy czy interdyktu, był obrzęd pokuty wyklętych, jeżeli ci chcieli wyjednać dla siebie odpuszczenie winy i przywrócenie do łask. Kościół jeszcze dziś lubi przypominać obraz cesarza niemieckiego Henryka, wyklętego w XI wieku przez papieża Grzegorza VII.

Cesarz, aby zmazać winę i uzyskać rozgrzeszenie, musiał podczas srogiej zimy przebrnąć przez Alpy do zamku zwanego Kanossą w którym bawił papież. Tu zmuszono go, by boso z odkrytą głową i w szorstkiej włosiennicy przez trzy dni i trzy noce, drżąc z zimna i głodu, skamlał o przebaczenie. Przyglądający mu się z okna papież dopiero w czwartym dniu polecił opuścić most, otworzyć bramy i zezwolić cesarzowi wejść do zamku, gdzie przy ołtarzu przyjął od niego skruchę i zdjął klątwę.

Jeszcze surowsze kary pokutnicze nałożył papież Innocenty III w roku 1203 na wyklętych sprawców śmierci biskupa z Wurzburga, Konrada. Mieli oni nago, tylko z przepaską na biodrach, boso i z·powrozem na szyi stać przez kilka dni pod pręgierzem publicznym. Obowiązani byli jak najszybciej odbyć bosą pielgrzymkę do Palestyny i tam przez cztery lata walczyć z "niewiernymi". Musieli w poniedziałki, środy, piątki, w postne dni oraz w wigilie świąt być o chlebie i wodzie, sto razy dziennie odmawiać Ojcze nasz. Przechodząc czy przejeżdżając przez miasto, w którym była katedra, powinni zdjąć obuwie, rozebrać się do naga, uwiązać sobie powróz u szyi i iść do katedry po chłostę do miejscowych kanoników. Tracili również wszystek majątek oraz prawo do wstąpienia w związki małżeńskie.

W takiej samej sytuacji znajdował się każdy; kto nie chciał odprawić pokuty i nie dążył do zmycia z siebie "plamy" klątwy. Jeżeli pojawił się w miejscowości, w której był kościół, natychmiast kościół zamykano. A kiedy udało mu się wtargnąć doń podczas nabożeństwa, wówczas nabożeństwo natychmiast przerywano bito w dzwony, aby “odpędzić szatana", i gaszono świece na ołtarzu. Jakkolwiek interesuje nas tutaj jedynie kościół katolicki, to jednak warto podkreślić, że religie, które powstawały w wiekach późniejszych, często na gruncie walk społecznych i w starciach z religią katolicką, stosowały również pewne kary. Kary te jednak daleko odbiegały od systemu kościoła rzymskiego i ograniczały się do życia religijnego wiernych. Na przykład w kościołach reformowanych ekskomunika wyraża się dwustopniowo: jako kara niższa, polegająca na zawieszeniu w prawach członka kościoła, i jako kara wyższa wykluczenie z kościoła. Ekskomunikę stosuje się tu tylko w zakresie praktyk religijnych, nie rozciągając jej na życie cywilne. O karze pierwszej nie informowano ogółu wiernych. Drugiemu stopniowi nadawano już charakter publiczny, po uprzednim orzeczeniu konsystorza. Przez trzy niedziele z rzędu ogłaszano w kościele karny werdykt, a kiedy nie było uzasadnionych protestów, wówczas w czwartą niedzielę zawiadamiano o wykluczeniu z kościoła. Wyklętemu przysługiwało prawo odwołania się do kolegium. Wyklęty nie mógł zawrzeć ślubu kościelnego.

"KRÓLESTWO MOJE NIE JEST Z TEGO ŚWIATA..."

1. O WŁADZĘ  I  POTĘGĘ

W Aktach Archiwum Głównego w Warszawie znajdują się ciekawe dokumenty z roku 1650 dotyczące sporu pomiędzy proboszczem i mieszkańcem Barwałdu, zamożniejszym kmieciem Pieckiem. Grali sobie na plebanii obaj w kości. Piecek, słabiej w hazardzie wyszkolony i grający uczciwie, przegrywał. Zabrakło mu gotówki. Pragnienie "odbicia się" nie pozwalało mu odejść od gry. Wobec tego postawił jako stawkę część swojej ziemi. Znowu przegrał. Pleban nie chciał dalej grać, żądając formalnego przekazania przegranej. Łatwo było w zapale hazardowym postawić ziemię, trudniej ją oddać, tym bardziej że w domu była żona nieskora do takich prezentów. Rozpoczął się spór. Proboszcz rzucił na Piecka klątwę. Piecek, wspierany moralnie przez wieś i trzymany w uporze przez żonę, wytrwał w klątwie przez lat dwadzieścia. Ale proboszcz nie rezygnował z ziemi. Jakoś nieswojo było mu sprawę odesłać do sądu, bo to i nieładnie, że proboszcz ogrywa wiernych- stracić można popularność, a z nią dochody w parafii. Wymyślił więc "zbrodnię" inną, zasadniczą, przy której upiekł dla siebie pieczeń z Pieckowej ziemi. Mianowicie zaskarżył kmiecia, że szydził on z procesji kościelnej. W roku 1670 sprawa znalazła się przed sądem referendarskim, który uznał się właściwym do jej sądzenia. Chłopa znajdującego się od dwudziestu lat pod klątwą, nawet nie wezwano na rozprawę. Sąd wydał wyrok skazujący niefortunnego gracza na utratę ziemi na rzecz proboszcza. Aby zaś sprawie nadać pozory obrazy majestatu bożego, za szyderstwo z Boga Piecek musiał przez dwanaście niedziel odsiadywać karę w wieży i zapłacić pięćdziesiąt grzywien.

Tak to dwie władze, duchowna i świecka, w harmonijnej zgodzie zarobiły na nim z pominięciem wszelkich podstaw prawnych, zarówno świeckich, jak i kościelnych: bo ani proboszcz nigdy nie miał "prawa" rzucać na kogokolwiek klątwy, ani sąd świecki nie miał prawa egzekwować ziemi w ten sposób zdobytej. Ale wyrok był nieodwołalny i wszelkie drogi ratunku dla przegranego chłopa były zamknięte*.(Za J. Putkiem: “Mroki średniowiecza”, jw., s. 48-49)

Był to już okres, kiedy klątwa kościelna nie miała prawnych skutków cywilnych w stosunku do szlachty, miała je jednak nadal w stosunku do chłopa, któremu ciążyła podwójna obroża niewoli: pańska i plebańska. Nic też dziwnego, że w tym samym czasie proboszcz Mucharza, Komosiński, kościelny władca kilku wiosek i kilku kościołów, przegrał spór o dziesięcinę z panem Świnnej Poręby, Przecławem Sławińskim, i panem Jaszczurowej, Adamem Palczowskim, mimo rzucenia na nich klątwy, a wygrał sprawę z chłopami z Radoczy, którzy - płacąc dziesięcinę na rzecz kościoła w Radoczy - odmówili drugiej dziesięciny na rzecz kościoła w Mucharzu. Złamał ich interdykt - klątwa zbiorowa - rzucony na całą wieś.. Panów przed skutkami klątwy broniło już wtedy prawo państwowe, chłopów  nikt i nic.

Dziesięcina, danina osób świeckich na rzecz duchowieństwa, była kością niezgody między władcami kościelnymi i władzami świeckimi, między każdym niemal proboszczem i jego parafianami. Z powodu też dziesięciny padało najwięcej klątw i interdyktów. Dziesięcina w początkowym okresie istnienia kościoła chrześcijańskiego była dobrowolną jałmużną dla duchownych. Dopiero w wieku VIII Karol Wielki zamienił ją na świadczenia obowiązkowe i przymusowe. Do Polski przyszła ona wraz z chrześcijaństwem, a od XIII wieku stała się przywilejem kleru, bronionym przez niego zaciekle, nawet przy pomocy oręża. Dziesięcina wynosiła najpierw jedną dziesiątą część zebranego zboża (stąd jej nazwa). Uderzała ona głównie w chłopa, w pańskiego poddanego. Chłopu nie wolno było zwieźć zboża do gumna tak długo, jak długo nie otrzymali swoich części pan i proboszcz. Z biegiem czasu ta forma haraczu zmieniała się, oczywiście ciągle na niekorzyść chłopa. Kościół, w miarę wzrastania w siłę, rozszerzył zasięg dziesięciny poza zboże, zwiększał ją ilościowo i jakościowo Ludność musiała płacić dziesięcinę nie tylko ze zboża, ale ze wszystkiego, co "miało łodygę” a więc z siana, jarzyn i owoców. 'Później doszedł do tego drób, bydło, nabiał, wełna itd. Nawet poszczególne elementy bogatego repertuaru dziesięcinnego były zróżnicowane. Na przykład ulubiony przysmak księży i mnichów, kury, dzieliły się na postne, sienne, kadzidlane i sadowe. W zależności od pory roku i święta kościelnego. Chodziło o to, aby brać kilka razy do roku, ciągle.

W wyzysku chłopów niepoślednią rolę odgrywał kult świętych, który stanowił jeden z podstawowych składników polityki społecznej kościoła. Wiadomo, że chłopi aż do wieku XX byli najliczniejszą warstwą każdego społeczeństwa, że byli stałymi antagonistami panów: i świeckich, i duchownych. Aby te realne i potencjalne u chłopstwa tendencje do buntów stępić, kościół precyzyjnie wypracował kult świętego chłopa, wiernego pracownika, który to kult wzywał do cierpliwości w znoszeniu ciężkiej doli i do nadziei na świętość po śmierci. Kościołowi chodziło o to, aby pot, cierpienia, znojny trud i bezwzględne posłuszeństwo wobec pana - za przykładem prezentowanych świętych-chłopów - w oczach ciemiężonego chłopstwa nabierały atrakcyjnego sensu. Stąd od najdawniejszych czasów moda na męczenników i świętych pochodzenia chłopskiego. Wystarczy wymienić świętego Medarda we Francji, św. Wulstana w Anglii, św. Gwidona w Belgii.

Międzynarodowym błogosławionym, a następnie świętym chłopskim uczyniono w roku 1619 Izydora z Madrytu, zwanego Oraczem. Nie był to przypadek. W tym bowiem okresie - na przełomie XVI i XVII wieku chłopi hiszpańscy, na skutek olbrzymich świadczeń na rzecz kościoła i monarchii, zrywają się kilkakrotnie do powstań.

Również i w Polsce szlacheckiej św. Izydor zyskał sobie niemałą popularność. Niedługo po kanonizacji, bo już w roku 1629, ks. A. Gołdonowski pisze “Krótkie nauki albo powinności każdego gospodarza chrześcijańskiego”, w których wzorem zalecanym do naśladowania jest właśnie Izydor. Warto zacytować z tego "dzieła" kilka fragmentów:

”Powinien chłop zwierzchności jako od Boga postawionej a panom swoim uczciwość, bydź wiernym i z pokorą posłusznym....Wielce grzeszą, którzy powinności swej nie oddają panom. I tak chce Pan Bóg, aby różność była między stany... Gdy ubogi człowiek ucieśnienie cierpi od potężniejszego, nie śmie wołać, nie może się też sprzeciwić..."

Są tu i rady na nieposłusznych:

"To wiedzieć trzeba, gdy pan srogości nad złym sługą i poddanym zażywa, nic od ludzkości nie odstępuje i od łaskawości, gdyż to Bóg i prawo przyrodzone wskazuje... Rózga dzieci rozumu i roboty uczy, a dębowy kij chłopa...” (Ks. A. Gołdonowski: “Krótkie nauki abo powinności każdego gospodarza chrześcijańskiego” Kraków 1629.)

W taki więc sposób autorytetem Boga i świętych uzasadniano wyzysk pańszczyźniany, pomagano w realizacji polityki kościoła i jego sojuszników, feudałów świeckich, wykonywano zamówienie społeczne władzy feudalnej. Kult św. Izydora przygasa czasami, to znowu nagle wybucha. Ale nigdy nie wybucha przypadkowo. Zawsze w okresach jakichś konfliktów społecznych i wznoszącej się fali buntu wyciąga się go z lamusa i prezentuje buntującym się jako wzór posłuszeństwa, cierpliwości i pokory. W czasie Wiosny Ludów wychodzi w Polsce nowy życiorys św. Izydora. To samo w okresie strajków rolnych w roku 1905, a w życiorysie wydanym w roku 1926 w języku białoruskim występuje on jako tłumiciel strajku rolnego. Nie od rzeczy będzie przypomnieć, iż w Polsce Ludowej nie ukazał się żaden życiorys Izydora-Oracza. Zrozumiale. Jakże nakazywać pracowitość i posłuszeństwo wobec władzy ludowej?

Kler nie gardził żadnym środkiem do osiągnięcia zysku. Znany był sfabrykowany przez zakonników zachodnioeuropejskich "list” Chrystusa do wiernych, w którym grozi on wszystkim nieskorym do płacenia dziesięciny, że ich ubezpłodni, porazi kalectwem i na domy ześle skrzydlate węże, które pożrą ich żony. Aby przybliżyć niebiańskie pojęcie do życia codziennego, Matka Boska nazwana jest w tym liście "panią" (dame), Chrystus - "panem" (seigneur) a Piotr - "baronem". Z każdym rokiem przybywały coraz to nowe, coraz  uciążliwsze opłaty. Wszystkie obrzędy sakramenty i ceremonie słono były opłacane. Kościół pobierał za poświęcenie łoża małżeńskiego, pól, ogrodów, toreb podróżnych, za pochowanie noworodka w białej sukience, za poświęcenie studzien, miodu, mleka, sera, szpad, sztyletów itp. "Kościół - powiada E. Bonnemere w swojej wydanej w Paryżu w 1856 roku” Histoire des paysans” (Historia chłopów) - posuwał swój bezwstyd do wymagania od nierządnic, ażeby opłacały się od swego haniebnego zawodu; biskupi i opaci, a nawet proboszczowie, mieli odwagę domagać się prawa pierwszej nocy z nowo zamężną...* (E. Bonnemere: “Histoire des paysans”. Paryż 1856.)

“Gdy kler musiał zrzec się prawa pierwszej nocy, postanowił, że nie będzie go miał nikt, nawet mężowie, i umiał wytłumaczyć prostaczkom, że trzy pierwsze noce winni ofiarować Najświętszej Pannie i wstrzymać się od obcowania z żonami"**. (Al. Świętochowski: “Historia chłopów polskich. Lwów-Poznań 1925; t. I, s. 25-26.)

Za dyspensę od tego trzeba było zapłacić jedenaście soldów... Okup pierwszej nocy wyrażał się różnie. Na przykład klasztor szwabski w Borfhugen pobierał od kandydatki na żonę pieniądze albo patelnię o takich rozmiarach, aby mogła pomieścić tylną część ciała narzeczonej (eine Pfanne, dess sie mit dem Hinteren derein sitzen kann oder mag).

Gdzie indziej żądano tyle sera i masła, ile ta część ciała ważyła (als dick und schwer ihr Hinterteil war)*. (A. Sugeheim: “Geschichte der Aufhebung der Letbeigenschaft u. Horigekit in Europa”. Petersburg 1861; s. 380.)

W Polsce majątek kościelny w połowie XIII wieku przewyższał, już własność książęcą. Klasztory wywalczyły sobie przywilej wydobywania złota i srebra, prawo monopolu bursztynowego, wybijania monet, zakładania targów, ulg celnych. Wiele nadań i fundacji oraz przywilejów przypadło kościołowi w udziale dzięki modnym wówczas fałszerstwom dokumentów, z których słynęli mnisi. Badania historyków wykazały, że fałszowane są dokumenty fundacyjne dla klasztorów cystersów w Lądzie, benedyktynów w Trzemesznie, kanoników regularnych w Czerwińsku, dla opactwa tynieckiego i dla benedyktynek w Staniątkach. Zakonnicy podrabiali dokumenty i pieczęcie książąt i królów, jak na przykład Henryka Pobożnego, Konrada Głogowskiego, Bolesława Wstydliwego, Odonicza i innych. Urodzenie, życie, praca, małżeństwo i śmierć - były okazjami do zdzierstwa i do powiększenia fortuny kościelnej. Poddany w majątkach kościelnych płacił nie wiedząc nawet za co i ile. Pierwotnej dziesięcinie za zboża wyrosło z czasem tyle różnych odnóg, że trudno się było w tym labiryncie ciężarów rozeznać. Było przecież i świętopietrze - ofiara dla papieża, było meszne - intencja mszalna - wynoszące z łanu jedną lub połowę miary żyta i owsa, była kolęda obowiązkowa po Bożym Narodzeniu, były sowite grzywny dla sądów kościelnych po uniezależnieniu się kościoła od sądownictwa państwowego. Była wreszcie straszliwa pańszczyzna, ustalona i określona w statucie Janusza z roku 1421 i stale powiększana: "Za zgodą biskupa i innych osób duchownych ustanawiamy, że wszyscy przebywacze (incolae) w naszych wsiach duchownych i świeckich mają z osiadłej i uprawianej włóki odrabiać jeden dzień, a z półwłóki pół dnia w tygodniu"*.(K. Dunin: “Dawne prawo mazowieckie”. Warszawa 1880; s. 60-62.)

Te wszystkie ciężary obciążające chłopstwo były głównym ośrodkiem zainteresowania kościoła. Jakże wymowne jest historyczne powiedzenie biskupa krakowskiego Andrzeja Zebrzydowskiego:

"A wierz sobie nawet i w kozła, byłeś mi dziesięcinę płacił"

Nic więc dziwnego, że w wieku XIII biskup krakowski posiada 49 folwarków i 17 dworów w 225 wioskach, arcybiskup gnieźnieński w roku 1512 ma. 74 folwarki na 292 wsiach, a biskup wrocławski - 35 folwarków na 161 wsiach i w 5 miastach. Klasztor cysterek w Trzebnicy miał w swoim władaniu 183 wsie, a cystersi mogliscy - 30 osad i udziały w kopalniach soli. Z potu j krwi chłopa rosła w zawrotnym tempie fortuna następców Chrystusa, którzy na nogi włożyli złote sandały, a na głowę potrójną złotą koronę i przekreślili jego słowa: "Królestwo moje nie jest z tego świata". Jakże daleko od obrazu ewangelicznego Chrystusa odbiega postać każdego papieża ukazująca się pielgrzymom w takim oto przepychu: "Na czele krzyż złączony z mieczem, za nim kardynałowie w sukniach i płaszczach z czerwonej mory i w koronkowych komżach; wokół złotego tronu, niesionego na ramionach bossolantis ubranych w czerwony aksamit, tłoczy się najbardziej olśniewający dwór świata: biskupi w szatach i mitrach ze złota, opasani szkarłatnymi szarfami, w pantoflach z klamrami, tajni szambelani w fioletowych jedwabiach, szambelani kapy i miecze w szatach z czarnego aksamitu z koronkowymi kryzami i złotymi łańcuchami, honorowa gwardia w złotych hełmach, halabardnicy z szwajcarskiej gwardii w kaftanach i bufiastych spodniach... w pancerzach i srebrnych hełmach wykonanych według rysunku Michała Anioła, za nimi gwardia palatyńska w niebieskich spodniach, czarnych tunikach i czakach z pióropuszami... a ponad tym wszystkim - jak niegdyś ponad bożkami pogańskimi Rzymu - władca otoczony najwspanialszym przepychem świata: ubrany w biały aksamit, w złotej kapie, ze złotą stułą i tiarą"*.(R. Garaudy: “Kościół, komunizm, chrześcijanie” PIW 1951; s.152-153.)

Trzeba było kilku wieków, trzeba było II Soboru Watykańskiego, trzeba było dopiero papieża Jana XXIII aby z najwyższych trybun soborowych padły słowa

o "kościele ubogich". Tam właśnie, za Jana XXIII, wybitny teolog katolicki, Yves Congar, miał odwagę powiedzieć: "Ujawnia się wysoce dramatyczny moment w historii rozwoju nowoczesnego chrystianizmu, a mianowicie niezgodność z treścią Ewangelii"**.(Za ówczesną prasą polską.)

Tam właśnie uczestnik soboru, biskup argentyński, zawołał: "Błogosławieni ubodzy!... Jakże jest nam trudno, biskupom Kościoła Chrystusowego w XX wieku spełnić to posłannictwo... wówczas, kiedy mamy je głosić z wysokich naszych marmurowych ołtarzy i naszych pałaców biskupich... Niełatwo jest uwolnić się od tych ton historii i zwyczajów"***.(Za ówczesną prasą polską.)

Istotnie, dotychczasowa posoborowa praktyka wskazuje na to, że trudno jest kościołowi uwolnić się od tego nawarstwionego przez wieki przepychu i bogactwa. "Królestwo moje nie jest z tego świata"... Nie mniejszym blaskiem świecili i polscy biskupi usiłujący dorównać i prześcignąć możnowładców świeckich. Płacił za to jęczący pod niemiłosiernym uciskiem chłop, płaciło częściowo mieszczaństwo, a idący we wspólnym uścisku książęta świeccy i duchowni łatwo i lekko spożywali "dary boże"...Oto obraz wesela·Feliksa Potockiego z Lubomirską, w którym wzięła także udział cała magnateria duchowna:

Zjedzono w jeden dzień mięsny 60 wołów, 300 cieląt, 500 baranów, 6 000 kapłonów, 8 000 kur,3 000 kurcząt, 1500 indyków, 500 gęsi, 30 wieprzów, 300 zajęcy, 55 saren, 4 dziki, 2000 jarząbków,     1000 kuropatw, 100 gęsi dzikich, 800 kaczek, 3000 rozmaitej zwierzyny, 100 połciów słoniny, 300 kop jaj, 74 faski masła, 60 szynek itd." A ile wypito?*. (A. Jelski: “Zarys obyczajów szlachty”. Kraków· 1897; t. I, s. 244.)

Jakże nie bronić praw do takiego życia? Jakże nie zwalczać wszystkich najniewinniejszych nawet prób uwolnienia się spod tych straszliwych  ciężarów czy choćby tylko rozluźnienia ich kajdan!  Poddany musiał - pod groźbą najcięższych kar kościelnych i świeckich - pozostać tylko bydlęciem roboczym. Chłopa tolerowało się tylko w najcięższej pracy. Nie uznawało się jego potrzeb ani jego człowieczeństwa. Ba, raził jego dotyk, nawet oddech! Przecież nie wytworem fantazji poetyckiej jest przytoczony przez Syrokomlę w Janie Dęborogu wypadek z wyratowaniem tonącego wojewody trockiego przez chłopa. W nagrodę chłop został uwolniony od pańszczyzny, ale za to, że ośmielił się złapać pana za czuprynę,otrzymał sto batów!

A niejaki magnat Uniatycki, ażeby oddechy chłopskie nie zakażały mu powietrza w kościele, modlił się pod szklanym kloszem! Niewola była uznana za tak bezsporny fakt i prawo naturalne, jak dzień i noc. Niewola była traktowana jako najświętszy nakaz boży, którego złamanie było równoznaczne z porwaniem się na Boga, na kościół.

Próby wyrwania się z niewoli musiały więc pociągnąć za sobą największe kary świeckie i kościelne: śmierć i klątwę. Jakże się temu dziwić, kiedy jeszcze w roku 1789 ksiądz Ignacy Grabowski uzasadniał poddaństwo faktem przebywania Chrystusa na poddaństwie u swoich rodziców do trzydziestego roku życia... Ks. Grabowski pisał: "Poddanych uwalniać nie wolno, nie rzecz i nie można. Nie wolno, bo byłoby to odjęciem wolności i prawa boskiego i ludzkiego, bądź spadkiem, bądź nabyciem uwiecznionej"*.(A. Świętochowski: “Historia chłopów polskich”, jw. s. 444)

A więc "prawo ludzkie" obejmowało panów i duchownych, chłop nie był człowiekiem. Potwierdzili tę teorię papieże Leon XIII i Pius XI w swoich sławnych encyklikach “społecznych" Rerum·novarum i Quadregesimo anno z lat 1891 i 1931, gdzie starali się wykazać potrzebę istnienia uciskanych i uciskających. Potwierdził to wybitny teolog angielski, Karol Stanton Devas, którego “Postęp świata a Kościół” skwapliwie polscy "uczeni" w sutannach przełożyli na język polski. Oto wywody Devasa:

"Nierówność dziedziczna jest potrzebna dla cywilizacji”.

Ludzie są szczęśliwi, kiedy panuje wśród nich nierówność i subordynacja... Tę samą prawdę wyrażał Arystoteles..., że niewolnictwo jest potrzebne dla wolności... Niewolnictwo nie było ani pominięte milczeniem, ani uznane za nieprawne (przez kościół), przedstawiało się ono raczej jako wielki fakt, jako składowa część społeczeństwa. Chrystianizm nie głosił zewnętrznej emancypacji. Widać to z Kazania na górze i z Listów św. Pawła: Bądźcie posłuszni, bądźcie poddani, służcie swoim panom gorliwie, nawet tym, którzy są trudni w pożyciu i nieznośni i przyjmujcie z radością upokorzenia pamiętając, że dla waszego zbawienia król nieba wziął na siebie postać sługi; radujcie się też w niedostatkach, bo obrał je ten, w którego ślady macie wstępować...

Niektórzy ojcowie (kościoła) upatrują zachęty do pozostawania w niewolnictwie, gdyby się nawet nadarzyła sposobność do wyzwolenia. Niewolnicy chrześcijańscy wiedzą, że wspólna wiara nie upoważnia ich do lekceważenia panów chrześcijańskich... Kościół zatem pierwotny nie miał zamiaru przeprowadzać reformy socjalnej: stan służebny i podział dóbr miały trwać nadal... A zatem... ludzie z przekonaniami, jeżeli mają władzę, powinni prześladować, chyba że spostrzegą, że prześladowanie nie prowadzi do celu. A zatem kto nie chce prześladować, jest człowiekiem bez przekonania"*.(K. S. Devas: “Postęp świata a Kościół”. Przełożył z oryginału angielskiego ks. Jan Piotrowski. Warszawa 1913, Biblioteka Dzieł Chrześcijańskich; s. 85, 87, 88-124.)

Straszne! I to pisano w XX wieku, i to tłumaczyła dla Polaków w niewoli Biblioteka Dzieł Chrześcijańskich!

Taka była recepta kościelna od wieków dla wszystkich poddanych i panujących. "Być sprężyną w ręku Boga, poruszaną jego wolą - to najwyższa godność i chwała stworzenia"**.(Korespondencja ks. Zygmunta Goliana. Kraków 1890; s. 364.)

Być sprężyną bezwolną w ręku tych, co mienią się być następcami Chrystusa i “powinni prześladować”. A jeżeli prześladowani pragnęliby uderzyć w tę rękę czy bodaj tknąć, biada im!

W roku 1794 stanął przed sądem kościuszkowskim biskup Kossakowski, który został przyłapany na przekazywaniu ambasadorowi rosyjskiemu Igelstromowi planów zdobycia Warszawy: "Należy wykorzystać obecność mieszkańców Warszawy w kościołach z okazji wielkanocnego nabożeństwa rezurekcyjnego i wybić kartaczami" - doradzał ten najohydniejszy zdrajca narodu, który za pieniądze obce podpisał rozbiór Polski. Kossakowski zapytany na rozprawie sądowej, co ma na swoja obronę, odpowiedział:

“Iż osoba każdego biskupa święta jest i niedotykalna”.

W słowach biskupa Kossakowskiego mieściła się podstawowa cecha politycznej i religijnej filozofii kościelnej :

zdrajca, sprzedawczyk i wyzyskiwacz - jeżeli tylko posiada święcenia kościelne uchodzi za pierwszą i nietykalną osobę. Teoria ta dotyczy oczywiście i papieża.

Przecież już przy koronacji papieskiej, gdy najstarszy kardynał-diakon wkłada koronę na głowę nowoobranego papieża, wygłasza formułę:

"Weź potrójną koronę (oznaka potrójnej władzy: nauczycielskiej, sakramentalnej i pasterskiej), a wiedz, żeś ty jest ojcem książąt i królów, rządcą okręgu ziemi, zastępcą Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa, któremu niech będzie cześć i chwała na wieki wieków. Amen".

Te imperialistyczne zapędy kościoła ujął w ścisłe ramy już papież Grzegorz VII, autor programu władztwa papieży nad światem. Ogłosił on mianowicie w roku 1075 słynny “Dyktat papieski” (Dictatus papae), w którym wytyczył swoim następcom linię polityczną. Oto niektóre punkty “Dyktatu”:

6. Z tymi, na których papież rzucił klątwę, nie mamy przebywać w jednym domu...

8. Jedynie on (papież) może używać cesarskich insygniów.

9. Tylko papieża stopy mają książęta całować...

12. Jemu przysługuje prawo pozbawiać cesarzy władzy...

18. Orzeczenie jego nie może być przez nikogo zmienione. Natomiast on sam może zmieniać orzeczenia wszystkich innych.

19. Przez nikogo nie może być sądzony...

22. Kościół rzymski nie błądził nigdy ani według świadectwa Pisma św. nigdy błądzić nie będzie...

27. Biskup rzymski może zwolnić poddanych od obowiązku wierności względem niegodziwych książąt"*.(Cz. Nanke: “Wypisy do nauki historii ś wyd. II, s, 56.)

 

Prosta więc i jasna była ta teoria: dla papieży, biskupów i księży władza najwyższa, a dla prostaczków nauka ewangeliczna, że nędza, ucisk i wyzysk są zgodne z wolą i nakazami boskimi, a kto by tego nie chciał uznać, będzie potępiony na wieki.

 Przecież jeszcze 15  listopada 1946 roku Pius XII mówi do pielgrzymów-rolników:

"To grzech pierworodny uczynił pracę na roli tak ciężką".

Tylko zapomniał dodać, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności następstwami grzechu pierworodnego nie zostali objęci papieże, biskupi i panujący...

Ten program polityczny papiestwa służył poszczególnym papieżom do przetargów z panującymi świeckimi. Wysuwany był w chwilach zatargów i znów wycofywany - aż w obliczu burzy wojen chłopskich i plebejskich herezji XV i XVI wieku papiestwo i cesarstwo staną obok siebie w walce o utrzymanie feudalizmu. Dzieje tych przetargów, sporów, konfliktów i kompromisów ze szczególnym upodobaniem opisują historycy burżuazyjni, wyolbrzymiając antagonizm między feudałami świeckimi a duchownymi, podnosząc go do godności "walki między władzą świecką a duchowną".

Ten chwyt burżuazyjnej historiografii służy do zamazania podstawowej linii podziału owej doby: na feudałów z jednej strony a masę chłopską z drugiej.. A przecież rzeczą decydującą dla charakterystyki papiestwa owych czasów jest nie spór o to, komu - papieżowi czy cesarzowi - mają "całować stopy" książęta, lecz fakt, że papiestwo służyło feudalizmowi przeciwko chłopom i mieszczanom, że autorytetem religii osłaniało i uświęcało feudalny wyzysk. Rzecz oczywista, że spełniając tę podstawową funkcję - funkcję obrony i uświęcenia feudalizmu jako ustroju, niezależnie od tego, kto w nim rej wodzi: biskup czy książę, papiestwo czy cesarz - hierarchia kościelna jednocześnie dbała szczególnie o własne interesy, starała się jak najwięcej darmowej chłopskiej pracy wyciskanej przez klasę feudałów zagarnąć dla siebie. Niemałe były apetyty papiestwa. Dla ich zaspokojenia używało ono wszystkich środków, bez względu na godziwość. Aby złamać opornych, zaczęto stosować klątwę, którą. rzucano na zbyt "samodzielnych" królów, książąt, na całe miasta i narody oraz na poszczególnych maluczkich". Później ruszyły wyprawy krzyżowe, których celem i treścią był podbój Bliskiego Wschodu przez wielkich feudałów zachodniej Europy, osłaniających się obłudnym szyldem obrony religii Chrystusowej.

W służbie feudalizmu papiestwo powołało do życia straszliwą inkwizycję, którą jakby na ironię nazwano "świętą". Zapłonęły w całej Europie stosy, ginęły dziesiątki tysięcy ludzi, bez przerwy pracował skomplikowany i "naukowo" opracowany aparat tortur, procesów i egzekucji. Wykonawcą planów papieskich i stróżem osiągniętych już zdobyczy zostały zakony, wierna policja papieży. Ten zespół środków dostarczał papiestwu ogromnych dochodów. Obojętne było dla papieży, z jakich źródeł i jakimi drogami płynęły pieniądze i bogactwa. Jedne ociekały krwią i potem torturowanych ofiar, płatników rozmaitych świętopietrzy i dziesięcin, nad innymi unosił się swąd palonych na stosach ciał. Wyłudzano olbrzymie majątki za obietnice wiecznego zbawienia  sprzedawano drogo sakramenty, odpusty i relikwie, zabierano mienie zmarłych, zabitych i skazanych przez inkwizycję na śmierć. Sprzedawano godności kościelne i stanowiska, probostwa, opactwa, infuły biskupie i kapelusze kardynalskie, handlowano wsiami, miasteczkami, księstwami, królestwami i cesarstwami. Jeżeli tylko płynęła stąd jakakolwiek polityczna czy finansowa korzyść dla Rzymu, kościół żenił, rozwodził, łączył możne rody panujących, kłócił je, zrzucał korony z głów jednych, by je włożyć na głowy drugich. Wzrost potęgi odbywał się, w zależności od potrzeby, różnymi drogami: śmierć, niewola, oszustwo i fałszerstwo, spowiedź, zdrada, piękne słowa Ewangelii., gromy klątwy z ambony czy konfesjonału, armia zbrojna i krzyż w sąsiedztwie krwawego miecza.

Jeden z następców Grzegorza VII, papież Innocenty III, główny szermierz wyższości władzy kościelnej nad świecką, porównywał kościół do słońca, a państwo do księżyca.

"Oba miecze, duchowny i świecki, należą do władzy Kościoła.... - mówił jeden z kontynuatorów polityki Grzegorza VII, papież Bonifacy VIII. - Pierwszego dobywa się ręką kapłana, drugiego ręką królów i rycerzy, lecz na rozkaz i zezwolenie kapłana. Ale miecz winien podlegać mieczowi i doczesna władza winna być podległa władzy duchownej... Bowiem wedle świadectwa prawdy władza duchowna ma ustanawiać świecką i sądzić ją, jeśliby się okazała niedobrą...więc, orzekamy i zapowiadamy, że każda istota musi dla swego zbawienia podlegać biskupowi rzymskiemu" (Cz. Nanke: “Wypisy do nauki historii średniowiecznej”, jw.,s.122-123.)

Dla całkowitej jasności należy dodać, że dla tych najbardziej przyziemnych celów politycznych i ekonomicznych nie przeszkadzało papiestwu to, że sojusznik był religijnie obcy czy nawet wrogi dogmatom  rzymskokatolickim. Wiemy przecież dobrze z historii Polski, że luteranizm i prawosławie zaborców katolickiej Polski nie osłabiały klasowego sojuszu z papiestwem. Tak jak papieżowi Piusowi XI i Piusowi XII nie przeszkadzał Hitler, którego bandyci z napisami na pasach “Gott mit uns” burzyli świątynie polskie i mordowali biskupów i księży, polskich patriotów. W praktyce politycznej i finansowej obce są im jakiekolwiek zagadnienia czy różnice wiary i religii. I dlatego formułka “si quis aliter credicerit, anathema sit” (jeśli ktokolwiek wierzyłby inaczej, niech będzie wyklęty) nie tylko odnosiła się do wyznawców religii nie rzymskokatolickich, ale do tych wszystkich, którzy władzy papieskiej nad światem nie uznawali. I dlatego Grzegorz XVI nazywając wolność sumienia “pestilentissimus error” (najbardziej zapowietrzony błąd) to tylko miał na myśli, a nie przynależność do innej religii. I takie również znaczenie posiada inna formułka starokościelna: “extra ecclesiam catholicam romanam - nulla salus” (poza kościołem katolickim, rzymskim - nie ma zbawienia).

Wobec opornych, którzy nie chcieli uznać tych politycznych zasad i wskazań papieskich, kościół stosował różne sankcje, głównie posługując się klątwą. Przecież klątwą złamał i podporządkował sobie frankońskich monarchów papież Mikołaj I, przecież klątwą przywiódł do Kanossy potężnego cesarza Niemiec papież Grzegorz VII. Przecież w latach 1848 i 1870, kiedy trzeszczało w posadach, a wreszcie runęło państwo kościelne, papież Pius IX rzucił klątwę na tych wszystkich, którzy uczestniczyli w pozbawieniu go władzy świeckiej i głosowali za przyłączeniem Rzymu do państwa włoskiego. Klątwę i inne kary kościelne stosowali papieże nie tylko w sprawach związanych z władzą i walką o nią.

Kiedy władza papieży utrwaliła się, kiedy zniknęło niebezpieczeństwo morderczej, konkurencyjnej bitwy o stolec Piotrowy, trzeba było od czasu do czasu przypominać, że papież ma moc rozkazywania i w sprawach małych i błahych. I tak papież Innocenty X wydał specjalne brewe zakazujące pod klątwą zażywania tabaki w kościele! Ponieważ jednak papież Benedykt XIII był nałogowym zwolennikiem tabaki, więc w roku 1725 skasował to brewe, nie mogąc obyć się bez tabaki w kościele. Odpowiadało to również papieżowi Leonowi XIII, który "na piersiach nosi plamy od tabaki, którą zażywa nałogowo"*.(“Leon XIll. Żywot i prace”. Biblioteka Dzieł Chrześcijańskich, Warszawa 1902; s. 68)

Klątwa i interdykt przedostały się także na tak pozornie z punktu widzenia prawa kanonicznego niewinny teren, jakim jest handel. Papiestwo w okresie średniowiecza poczęło stawiać pierwsze kroki na polu handlowym. Usiłowało stopniowo, lecz za wszelką cenę, opanować cały ówczesny handel lub zdobyć sobie na ten handel przemożny wpływ, tak jak miało wpływ na ziemię i jej eksploatację. I dlatego każdy, ktokolwiek odważyłby się zachwiać potęgą kościoła jako największego feudała czy też monopolisty przemysłowego i kapitalistycznego, padał ofiarą straszliwych kar i represji kościelnych, których pierwszym stopniem była zawsze klątwa. Wymownym dowodem jest głośna sprawa ałunu.

Ałun glinowy, niezbędny do barwienia tkanin, garbowania skór i do innych celów przemysłowych, do wieku XV sprowadzono ze Wschodu, głównie z Bizancjum, albo też na Wschód wysyłano tkaniny do barwienia. Po upadku Bizancjum (1453) główne złoża ałunu dostały się w posiadanie Turków. W roku 1461 odkryty został ałun również na terenie państwa kościelnego. Pius II przystąpił niezwłocznie do wydobywania ałunu. Powstała spółka do eksploatacji i handlu. Od każdej tony wpływały do skarbca papieskiego wysokie dywidendy. W roku 1463 Pius II ogłosił fakt odkrycia złóż ałunowych jako cudowny dowód łaski bożej, jako oręż w walce chrześcijan z Turkami. Za tym oświadczeniem poszedł zakaz kupowania ałunu u "niewiernych" Turków. Niewiele to pomogło. Ałun turecki był tańszy i kupcy chrześcijańscy Włoch, Anglii i Francji nie mieli ochoty do swojej katolickiej metryki dopłacać specjalnego dodatku papieskiego. Sytuacja dla papieża stawała się coraz cięższa. W roku 1465 rzuca więc pierwszą klątwę na tych wszystkich chrześcijan, nie wyłączając patriarchów, biskupów, cesarzy i królów, którzy wydobywają, sprowadzają i handlują ałunem tureckim. I to nie pomogło. Konkurencja ałunowa była silna, . mało kupców ulękło się klątwy. Wobec tego w roku 1506 papież Juliusz II wydaje specjalną “ałunową" encyklikę, którą poleca przybić na drzwiach kościołów we wszystkich krajach chrześcijańskich. Oto jej tekst:

"Wszyscy, którzy kupują, sprzedają lub przewożą ałun turecki lub ałun niewiernych, jak również ci, którzy ich popierają, są ekskomunikowani, przeklęci i potępieni na wieki. Napiętnowani są hańbą, uznani za nie posiadających prawa sporządzania testamentu i za niezdolnych do zajmowania stanowiska urzędowego. Cały ich majątek przechodzi na tego, kto ich wyda. Tejże karze podlegają ci wszyscy, którzy podjudzają do prowadzenia takiego handlu. Miejscowości, w których handel ten się odbywa albo ałun jest wydobywany, podlegają interdyktowi kościelnemu"*.(Ch. Singer: “The Earliest Chemical Industry”. London 1948; s.153.)

Program Grzegorza VII i jego następców rozciągnął się oczywiście również i na Polskę. W wiekach XI i XII kościół w Polsce był instytucją podległą i służącą państwu. Książę wpływał na mianowanie biskupów,  miał nadzór nad majątkiem kościelnym, z którego daniny płynęły do skarbu koronnego. Majątek po zmarłych dygnitarzach kościelnych przechodził na własność księcia (na podstawie tzw. “ius spolii”, prawa pobierania części spadku po zmarłym duchownym). Książę sprawował  sądy nad duchownymi, tworzył lub likwidował biskupstwa i klasztory. Ten stan nie mógł się podobać Rzymowi i hierarchii kościelnej w Polsce. Tak jak i w innych krajach, przystąpił więc kościół w Polsce energicznie do ofensywy, która miała na celu uniezależnienie się od władzy świeckiej. Wielkim feudałom kościelnym, idącym zgodnie z wielkimi feudałami świeckimi, nie na rękę była silna władza królewska. Próby umocnienia władzy królewskiej, uniezależnienia się od Rzymu i cesarzy niemieckich, spotykały się przeważnie z oporem hierarchii kościelnej. Jednak krok za krokiem kościół w Polsce zdobywał coraz większe i liczniejsze przywileje. W XIII wieku na “nowych podstawach, na swoim własnym prawie kanonicznym organizuje się kościół, a sądownictwo jego rozciąga się nie tylko na duchownych, lecz także na ludność w dobrach kościelnych osiadłą, a w wielu sprawach także i na całe społeczeństwo katolickie. Na straży jego orzeczeń stoi interdykt, klątwa, a w ostateczności pomoc świeckiego ramienia. Kościół i duchowieństwo zamieniają się w odrębny stan polityczny, wyposażony pełnym samorządem"*.(M. Bobrzyński: “Dzieje Polski w zarysie”. Wyd. IV. 1927 t. I, s.148.)

Oczywiście, jak już wyżej wspomnieliśmy, kościół w tamtych czasach współpracuje z każdym ustrojem, z każdym panującym, o ile ten ustrój i ten panujący odpowiadają jego interesom. Wiązało się to ściśle z teorią pochodzenia świeckiej władzy od Boga. Ta właśnie teoria pozwalała polskim hierarchom kościelnym żyć w harmonijnej zgodzie z zaborcami Polski, a później z sanacyjnymi i faszyzującymi się rządami Polski międzywojennej. Ta również teoria pozwalała  niektórym biskupom polskim zajmować służalczą postawę wobec okupanta hitlerowskiego. Warto zapoznać się z tą teorią, której biskup przemyski, Pelczar, poświęcił specjalne dzieło. "Ona bowiem (religia katolicka) uczy, że jakąkolwiek jest forma rządu, monarchia czy republika, władza, którą piastuje rządzący, pochodzi od Boga, czyli jest wypływem władzy najwyższej i według jej rozkazów, to jest według prawa bożego, winna być wykonywana - że <<nie ma zwierzchności jeno od Boga>> (Do Rzyrn. 13. 1), a <<kto się sprzeciwia zwierzchności, sprzeciwia się postanowieniu bożemu>> że posłuszeństwo dla władzy prawowitej jest jednym z obowiązków religijnych...

W ten sposób religia nadaje władzy wyższą sankcję, umacnia powagą prawa, uświęca posłuszeństwo, czuwa nad życiem panujących, wstrzymuje rozruchy i bunty poddanych, popiera rządy w walce z indywidualizmem anarchicznym, stoi na straży porządku i pokoju... Zaiste, jeśli usuniemy religię, trzeba będzie chyba ustaw drakońskich dla utrzymania ludów w karbach posłuszeństwa; wtenczas miejsce kościołów zajmą więzienia, miejsce kapłanów policja, miejsce sprawiedliwości terroryzm! Lecz i to nie pomoże, bo gdy się rozszaleją namiętności, zrzucą narzucone sobie jarzmo i puszczą się w krwawy taniec. Świat patrzył już nieraz na podobne widowisko. Rewolucja (francuska) została wprawdzie pokonana, ale jej zasady zostały w społeczeństwie jako czynniki rozkładowe, za których działaniem władza traci coraz więcej na poszanowaniu, a prawo na powadze... Historia świadczy, że Kościół, wierny tym rozkazom, szanował zawsze władzę i prawa monarchów chrześcijańskich, ale też nie milczał, ilekroć który z nich deptał prawa boże i kościelne... Wówczas po daremnych upomnieniach spadała na nich klątwa z wyżyn opoki Piotrowej, a razem z klątwą ,łączyło się odsądzenie od korony. Nie byłoż to nadużyciem? Nie, bo najprzód papieże mogli karać nieposłusznych synów swoich, a po wtóre władza moralna, stosownie do prawa publicznego, obowiązującego wówczas zgodnie z uczuciem całej ludzkości chrześcijańskiej, czyniła papieży najwyższymi sędziami wszystkich spraw w chrześcijaństwie i rozciągała się aż do wyrokowania o losach królów, państw i narodów (słowa Piusa IX wypowiedziane 20 lipca 1871 r. do członków Akademii Katolickiej)... Może policja śledzić zbrodnicze czyny, mogą sądy karać winowajców; lecz jakąż potęga ziemska zdoła dotrzeć do tej świątyni, która się nazywa sumieniem? Tylko religia tam wchodzi i rozkazuje; ona też daje skuteczną pomoc do zatamowania złego w samym źródle” (Bp. J.S. Pelczar: “Obrona religii katolickiej”. T. I, s. 213, 215, 216, 220, 232)

Najnowsze czasy nie przyniosły na tym odcinku istotnych zmian. Oto oficjalny organ Watykanu "Osservatore Romano" z dnia 18 maja 1960 r. w artykule “Podstawowe punkty” tak formułuje aspiracje kościoła do władzy:

“...Katolik nigdy nie może pomijać nauk i dyrektyw kościoła, lecz w każdej dziedzinie swej działalności musi inspirować się prywatnymi i publicznymi prawami orientacją i instrukcją hierarchii. Nie można oddzielać problemu politycznego i społecznego od religii. W każdym wypadku konflikt (między wierzącymi a niewierzącymi) musi znaleźć rozwiązanie w posłuszeństwie wobec Kościoła, strażnika prawdy....Kościół nie może pozwolić wiernym na przyłączenie się, popieranie lub współpracę z tymi ruchami, które stosują i opierają się na ideologii marksistowskiej... Można tu przypomnieć jasne i wielokrotnie powtarzane zasady w tej sprawie, wydane przez Najwyższą Kongregację Świętego Oficjum... Tym dyrektywom i tej ocenie każdy wierny musi podporządkować się i w dziedzinie politycznej"**.(“Osservatore Romano" z 18.V.1960 r.)

Mamy więc gotową i bez żadnych niedomówień odpowiedź dla tych, którzy próbują świat przekonywać, że kościół rzymski nie ma celów politycznych, że nie działa przeciw ruchom postępowym. Biskup Pelczar, a ostatnio "Osservatore Romano” wyjaśnili rolę i cele kościoła w zwalczaniu tych ruchów. Wobec tych wypowiedzi, będących zresztą nie osobistymi punktami widzenia ich autorów, lecz wykładnią całej filozofii i polityki kościelnej, pozostaje tylko niejasna sprawa wrogiego stosunku kurii rzymskiej i części polskiej hierarchii kościelnej do .. władz i ustroju Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Ale dla nas to jest jasne. Władza Ludowa w Polsce i cały naród polski przejrzał na wylot antynarodowe, antyludowe i wsteczne cele niektórych  “filarów" polityki watykańskiej. Naród polski zapoznał się już z postawą papieży i wielu biskupów polskich w czasie rozbiorów, niewoli i powstań narodowych.

 Naród polski doświadczył na własnej skórze "opieki ojcowskiej" Piusa XI i Piusa XII nad katolikami polskimi przed ostatnią wojną i w czasie tej wojny. Wiemy również, jaki opór i trudności napotykały próby realizacji bardziej światłej polityki papieża Jana XXIII. Dziś Polska idzie nową drogą, drogą twórczej pracy pokojowej i postępu, drogą rewolucyjnych zmian społecznych. I dlatego, mimo że ustrój Polski Ludowej jest ;,formą rządu, władzą, którą piastuje rządzący", nie jest przez reakcyjny kościół uznawany.

Idąc za twierdzeniem biskupa Pelczara prześledźmy, jak to w dawnych czasach “spadała klątwa z wyżyn opoki Piotrowej" na tych, którzy również - jak my dzisiaj - zamierzali prowadzić naród polski drogą własną, nie rzymską.

2. NA KRÓLÓW I KSIĄŻĄT

Król Kazimierz Jagiellończyk przygotowywał się do wojny z Krzyżakami. Potrzebował na ten cel niemało środków finansowych. Któż ich w tym czasie najwięcej posiadał? Oczywiście władcy kościelni. Udał się więc król do kardynała Oleśnickiego, aby na rozprawę z zakonem krzyżowym dał coś ze skarbca kościelnego. Kardynał Oleśnicki “spotkał go z infułą na głowie i pastorałem w ręku: <<Kędy cię twe nogi wiodą, królu- rzecze mu - czyżby po naczynia poświęcone Bogu, aby wydrzeć je? Tego nie uczynisz, bo nie dam; a jeśli ty Bolesław, to masz Stanisława przed tobą*(Aluzja do zatargu między zdrajcą Polski biskupem Stanisławem Szczepanowskim a królem Bolesławem Śmiałym.), ale złota i srebra kościelnego nie ruszysz>>"**.(Bp L. Łętowski: “Katalog biskupów, prałatów i kanoników

krakowskich”. Kraków 1852; T. I, s. 383.)

To spotkanie książątka polskiego w pełnym pontyfikalnym stroju z królem polskim, domagającym się od wysokiego przedstawiciela kościoła współuczestnictwa nie tylko w korzystaniu z owoców trudu narodu, ale i w ofiarach, w walce o siłę i wolność tego narodu, ma swoją niemal symboliczną wymowę. Kościół katolicki w Polsce średniowiecznej toczył z władzą królewską zacięte boje o swoją "wolność" i nie pozwalał, aby cokolwiek z jego stanu posiadania zostało ujęte. A kiedy kto próbował ten stan posiadania naruszyć, reakcyjna hierarchia kościelna, usilnie wspomagana i błogosławiona przez papieży, sprzęgnięta klasowymi interesami ze stojącą również zawsze na pozycjach antynarodowych warstwą feudałów świeckich - nie wahała się grozić, potrząsać pastorałem i rzucać klątwy, choćby przeciwnikiem był sam nawet król. Każdy, kto sprzeciwiał się tym papiesko-feudalnym dążnościom do władania całym światem, był uznany za wroga religii i Boga, był wszelkimi środkami, a głównie i najczęściej klątwą, zwalczany i tępiony. A kiedy przeciwnik "lekce sobie klątwę ważył", biskupi zdolni byli bez skrupułów wiązać się nawet z zewnętrznymi i wewnętrznymi wrogami Polski, by swoich celów politycznych dopiąć. Przez "wolność" episkopat polski rozumiał nie tylko “wolność" od płacenia podatków i od podlegania sądom świeckim. Kto chciałby podważyć to "święte" prawo, w żadnym przecież kodeksie nie umieszczone, podpadał osobiście pod klątwę, a teren, którym rządził pod interdykt. Bywało, że padały klątwy na królów i książąt, a interdykty na wsie, miasta, dzielnice, na kraj nawet cały. Klątwy spadały zawsze wtedy, gdy władza świecka odważyła się zaczepić zasadę urojonej nietykalności i bezkarności władzy duchownej.

Zgodnie z prawem kanonicznym (kanony 1553 i 2269) klątwy i interdykty spadały na doniosłe akty wagi państwowej, które w najmniejszym bodaj stopniu mogły zagrażać supremacji kościoła nad państwem. I tak papież· Innocenty III potępił w roku 1215 Wielką Kartę angielską, ten sam los spotkał wszystkie rewolucje od francuskiej po październikową, Innocenty X wyklął traktat westfalski, pierwszy dokument tolerancji religijnej wydany przez władców państw katolickich i ewangelickich (1648), Grzegorz XVI "uczcił" w roku 1823 specjalną encykliką konstytucję belgijską, w której pojawiły się hasła wolności prasy i sumienia. Niedługo potem wyklęciu uległa konstytucja katolickiej Austrii za to tylko, że zezwoliła niekatolikom otwierać własne szkoły. W czasach nowszych Pius X potępił króla włoskiego Wiktora Emanuela, który odważył się włączyć do państwa włoskiego tereny należące kiedyś do państwa kościelnego. Tenże sam papież w encyklice “Vehementer nos” (1906) rozciągnął klątwę na francuską ustawę o rozdziale kościoła od państwa.

Wróćmy jednak do przypadków z naszej historii. Bolesław Chrobry musiał przez długie lata toczyć z Rzymem spory o prawo do koronacji, które byłoby najsilniejszym dowodem jego władzy w kraju, władzy nad wszystkimi, nie wyłączając biskupów. Nie podobało się to biskupowi Gaudentemu, który wszedł w tajne porozumienie z cesarzem niemieckim i reakcyjną częścią duchowieństwa polskiego i zamierzał wzniecić bunt przeciw królowi, obłożyć go klątwą, wywołać w kraju zamęt i w ten sposób dać cesarzowi niemieckiemu pretekst do wkroczenia na ziemie polskie. Chrobry jednak spisek wykrył i złamał, a klątwy się nie uląkł. Do ostrego zatargu między władzą królewską i kościelną doszło za panowania Bolesława Śmiałego w wieku XI. W jego wyniku jawny zdrajca Polski, biskup krakowski Stanisław Szczepanowski przyłapany na gorącym uczynku, skazany został na śmierć.

Przez wiele lat burżuazyjni i klerykalni historycy przedstawiali biskupa Szczepanowskiego jako bohatera i męczennika, jako ofiarę rządów króla Bolesława Śmiałego, skwapliwie posługując się przy tym źródłami stronniczymi i fałszującymi prawdę, a odrzucając źródła wiarygodne i współczesne. Dopiero wybitny znawca epoki średniowiecza polskiego, zresztą wierzący i praktykujący katolik, prof. Tadeusz Wojciechowski, w napisanej w roku 1904 pracy “Szkice historyczne jedenastego wieku” rozprawił się z fałszerzami historii, udowadniając zbrodnię zdrady króla i kraju dokonaną przez biskupa Szczepanowskiego.

Prof. Wojciechowski opiera się głównie na godnym zaufania pod tym względem źródle, na Kronice Galla Anonima, który żyjąc niemal współcześnie tym wydarzeniom i zachowując w Kronice postawę gorącego katolika, nie waha się uznać prawdy historycznej i nazwać biskupa zdrajcą (traditor episcopus), Biskup Szczepanowski reprezentował interesy klasowe wielkich feudałów, a więc i związanego z nimi episkopatu polskiego. Przeszkodą na drodze do pełnej realizacji tych interesów była silna władza królewska, której rzecznikiem był Bolesław Śmiały. Dla złamania tej przeszkody wiąże się biskup z wrogami narodu polskiego: cesarzem niemieckim Henrykiem IV i królem czeskim Wratysławem. Organizując spisek przeciw królowi, wciągnął do niego rozwarcholonych możnowładców, wojewodę Sieciecha oraz brata królewskiego, bezwolne narzędzie swojej antypolskiej polityki, Władysława Hermana, któremu przyobiecał tron. Król jednak wpadł na tropy spisku, sprawę przekazał trybunałowi, który skazał biskupa na śmierć. Wyrok wykonano. Król nie zdołał jednak zdusić rozszerzającego się spisku wielkich feudałów i musiał ujść za granicę. Na tron wstąpił Władysław Herman, który po objęciu władzy podporządkował się natychmiast cesarzowi niemieckiemu. Stolicę krakowską zajął Wratysław. Herman otoczył się Niemcami, stolice biskupie począł rozdawać również Niemcom, zwolennikom cesarza. Doradcą swoim mianował agenta cesarskiego, Ottona von Mistelbacha, który za dobrą służbę dla cesarza niemieckiego otrzymał od niego później popłatne biskupstwo bamberskie od papieża kanonizację na świętego.

Faktycznego stanu rzeczy nie mógł ukryć nawet bogobojny i stronniczy kronikarz Wincenty Kadłubek, który mówi o Bolesławie Śmiałym, że "nie tylko nie za świętokradcę, ale za najgorliwszego świętokradztwa mściciela u wielu uchodził"*. (“Mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem, biskupa Krakowskiego, Kronika Polska”. Kraków 1862; s. 95.)

Jako świętokradztwo oceniony został fakt złamania przysięgi złożonej przez biskupa na wierność królowi i narodowi. Fakt zdrady narodu przez biskupa był tak bezsporny i niewątpliwy, a wyrok sądowy spotkał się z tak powszechnym uznaniem, że mimo powagi wydarzenia śmierci biskupa i orzeczenia trybunalskiego - ani papież współczesny (zresztą prowadzący spory z cesarzami niemieckimi, a więc uznający rację króla), ani papieże późniejsi nie ważyli się oficjalnie wykląć króla, a z biskupa uczynić świętego czy błogosławionego. Dopiero w sto siedemdziesiąt cztery lata po jego śmierci, kiedy zabrakło już ludzi mogących dać świadectwo prawdzie i kiedy wreszcie trzeba było dać Polsce świętego, aby podnieść moralny i finansowy autorytet kościoła, nastąpiła kanonizacja. Biskupa zdrajcy, poprzedzona żmudnymi i pełnymi wykrętów teologicznych przygotowaniami. Mnisi preparowali upstrzone cudami i wymysłami żywoty Stanisława, które prof. Wojciechowski nazywa "nędzą umysłową". Jednocześnie wszczęto ohydną nagonkę na króla, któremu nie oszczędzono obrzydliwych i kłamliwych potwarzy.  Jakkolwiek Rzym oficjalnie nie obłożył króla klątwą, to jednak - zgodnie z kościelnym prawem zwyczajowym - za taki postępek klątwa spadła nań automatycznie, co późniejsze prawo kanoniczne nazywa “latae sententiae”. I to na pewno ma na myśli ks. dr Jan Caliński pisząc: "Za tę zbrodnię papież nakłada na cały kraj interdykt, czyli zakaz odprawiania nabożeństw, a na króla rzuca klątwę"*.(Ks. J. Caliński “Kościół katolicki w Polsce. Tarnów 1947 s.15.)

Zbrodnia zdrady kraju i spiski były dotychczas przez historyków polskich przedstawiane jako jedyna przyczyna wyroku królewskiego. Zapomniano jednak, że drugą, nie mniej istotną przyczyną był zwyczajny grzech w rozumieniu ówczesnego prawa. Do tego stwierdzenia doszedł w ostatnim czasie wybitny uczony, znakomity znawca tej epoki, prof. Konstanty Grzybowski: "...To przecież królowie polscy, Chrobry, Kazimierz Odnowiciel, Bolesław Śmiały - organizowali hierarchię kościelną w Polsce. To oni oddawali biskupom władzę duchowną - płaskorzeźba na drzwiach gnieźnieńskich, przedstawiająca władcę na tronie wręczającego pastorał pokornie przed nim schylonemu biskupowi, oddaje ówczesny stosunek władcy do kościoła w Polsce i ówczesną ideologię. Gdy Gallus pisze o Śmiałym: <<majestat władzy królewskiej>>, używa określenia wówczas jeszcze rzadko do królów, raczej tylko do cesarza stosowanego. A gdy pisze o nim “christus domini”, pomazaniec pański, wskazuje, że widziano w królu majestat władzy nad biskupem, świętość namaszczenia, która czyniła króla władcą nie tylko świeckim, ale i duchownym. Gdy zaś Kadłubek później napisze, że król Bolesław Śmiały długo, aż do jego czasów, <<nie tylko za świętokradcę, lecz za najgorliwszego świętokradztwa mściciela uchodził>>, stwierdza chyba, że w ówczesnych wyobrażeniach zdrada była nie tylko przestępstwem, ale i grzechem najcięższym" *.(K. Grzybowski: “Rzeczy odległe a bliskie”. Warszawa 1969; s. 24-25.)

W świetle tego wszystkiego jakże dziwnym musi wydawać się wywoływanie przez kardynała Wyszyńskiego pamięci biskupa Szczepanowskiego (1962 r.), jako tego który ma wieść naród polski do przyszłych zwycięstw, jako tego, od "którego wizji wyzwolić się nie możemy! Co więcej, wyzwolić się nie chcemy" **.("Tygodnik Powszechny" 1962 r., nr 26.)

Podczas jednej z centralnych uroczystości milenijnych, 8 maja 1966 r., w kazaniu wygłoszonym w Krakowie na Skałce, tak oto ks. Wyszyński usiłuje wykorzystać postać biskupa Szczepanowskiego na użytek dywersji politycznej rozbijającej naród i rozpalającej fanatyzm i nietolerancję: "Trzeba zaniechać tego wszystkiego, co usiłuje pomniejszyć tę wspaniałą postać, która idzie przez dzieje polskie, pełna zasług, jednocząc ten naród ku pokojowi. Stanisław zginął nie w innej sprawie, tylko w obronie porządku moralnego, praw moralnych, które w narodzie mają znaczenie i dla maluczkich, i dla wielkich, i które obowiązują i tych, co rządzą, i tych, co są rządzeni; zginął za obronę porządku moralnego. I właśnie dlatego, że to była śmierć za prawa boże, za prawa moralne, za prawa obowiązujące wszystkich, dlatego zwyciężył śmiercią swoją i ofiarą. I dlatego też żyje dziś wśród nas i wielka jest jego droga dziejowa przez naród, który rozumie sens obrony ładu moralnego, porządku bożego w życiu i w dziejach narodu. Jednocześnie ustanowił wzór wspaniały, jak trzeba niekiedy... oddać życie za ład moralny w życiu narodu, oddać życie w obronie praw ojczystych, a zwłaszcza w obronie tego należnego człowiekowi, rodzinie i narodowi prawa do pracy, do sprawiedliwości, do miłości, do szacunku, do wolności".

Trzeba mieć wiele zuchwalstwa i braku poczucia odpowiedzialności za słowo, trzeba być ślepym na prawdę i rzeczywistość, aby zgromadzić tyle formułek tak kłamliwych i tak dalekich od tych odmienianych we wszystkich przypadkach miłości, praw, porządku moralnego itp.  Na pewno żaden uczciwy katolik nie zgodzi się na takiego przywódcę, którego Gall Anonim, nie żywiący przecież sympatii dla Bolesława Śmiałego, już przed wiekami nazwał zdrajcą - traditor. Rojenia o absolutnej władzy kościelnej nurtowały również arcybiskupa gnieźnieńskiego Henryka Kietlicza, który z IV soboru lateraneńskiego w roku 1215 przywiózł niepohamowaną żądzę zawładnięcia krajem, nienawiść do wszystkiego, co niekatolickie, oraz piętno herezji i klątwy dla tych, którzy ośmieliliby się przeciwstawić władzy biskupiej. Nie pozwolił na to jednak władca wielkiej miary, Władysław Laskonogi. Doszło znowu do ostrego starcia między władzą świecką, dążącą do zjednoczenia Polski i jej uniezależnienia się od cesarstwa niemieckiego, a władzą kościelną działającą we wspólnym interesie papiestwa i udzielnych książąt feudalnych. Kietlicz rzucił klątwę na Laskonogiego i stosując metodę zapożyczoną z Zachodu utworzył zbrojną koalicję słabszych książąt dzielnicowych przeciwko księciu silniejszemu. Jednym z uczestników tej potajemnej koalicji był Konrad Mazowiecki, który haniebnie zapisał się na kartach naszych dziejów sprowadzeniem Krzyżaków. Władysław Laskonogi nie uląkł się klątwy ani wichrzeń Kietlicza. Obłożył sekwestrem dobra biskupie za uchylanie się od płacenia podatków, uwięził duchownych uczestniczących w buncie, a arcybiskupa Kietlicza wypędził z kraju. Ówczesny papież Innocenty III brał żywy udział w tym sporze o władzę. Świadczyć może o tym choćby fakt, że w okresie jedenastu dni wyszło z kancelarii papieskiej do Polski trzydzieści listów. Były to listy zatwierdzające klątwę na Laskonogiego oraz nawołujące biskupów i książąt do dalszej i wytrwałej walki ze "śmiałkiem", który odważył się podnieść rękę na wroga Polski w infule.

Godnym" następcą i wiernym kontynuatorem zdradzieckiej polityki biskupa Szczepanowskiego i arcybiskupa Kietlicza był biskup krakowski Paweł z Przemankowa, organizator i przywódca spisków i buntów politycznych przeciw Bolesławowi Wstydliwemu i Leszkowi Czarnemu, kilkakrotnie przez nich za zdradę stanu więziony. O tym biskupie, "nie mającym sumienia żadnego"* (Bp L. Łętowski: “Katalog biskupów..”, jw., s. 186.), zmuszeni byli pisać zgodnie wszyscy biografowie i historycy katoliccy, że był uosobieniem nie tylko zdrady narodowej, ale i rozpusty. Posłuchajmy ks. kanonika Jana Długosza, którego “Dzieje Polski” są dla kościoła do dnia dzisiejszego najwyższą wyrocznią w sprawach historii Polski:

"Zdrożnych, ze stanem i powagą biskupią niezgodnych dopuszczający się nadużyć i poniewierający swoją godność pasterską, Paweł biskup krakowski, oddany przede wszystkim swawoli i rozpuście, mniszkę pewną z klasztoru Skalskiego Św. Maryi uprowadziwszy przemocą, wziął ją do siebie za nałożnicę. Gwałtownik, nieznośny dla swych poddanych i sąsiadów, monarsze swemu, Bolesławowi Wstydliwemu, książęciu krakowskiemu i sandomierskiemu, i sądom krajowym okazywał się zuchwałym i opornym... Nie tylko wreszcie z nieprzyjaznymi książęciu polskiemu panami, ale nadto z Litwinami i barbarzyńcami, których ściągał i przynęcał do siebie związkami powinowactwa, aby tym śmielej i bezpieczniej mógł stać przeciw księciu i prawu, począł skrycie się porozumiewać...Paweł biskup krakowski, którego wielu obwiniało, że był sprawcą przeszłorocznego napadu Litwinów, z rozkazu Leszka Czarnego, książęcia krakowskiego i sandomierskiego, gdy przebywał w miasteczku Łagowie, przez nasłanych żołnierzy pojmany został i w więzach powtórnie do zamku sieradzkiego odprowadzony..."* (“Jana Długosza dziejów polskich ksiąg dwanaście”. Kraków 1857; t. II, s. 408-409, 454-455.)

Zbrodnie, dowody zdrady narodowej i wyuzdania biskupa Pawła były tak oczywiste i gorszące, że nikt z ówczesnych polskich dostojników kościelnych nie odważył się ukarać klątwą Leszka Czarnego - sprawcę uwięzienia biskupa. I dlatego, kiedy to uczynił papież Marcin IV specjalną bullą, część duchowieństwa polskiego na terenach objętych klątwą papieską nadal nabożeństwa odprawiała, choć prawo kościelne surowo tego zabraniało. Wymienieni biskupi nie są jedynymi dostojnikami, w obronie których stosowano w Polsce klątwę. Przez dwadzieścia pięć lat (1295-1320) Rzym, taką przecież "miłością ojcowską" pałający do Polski, tolerował na krakowskiej stolicy biskupiej i bronił klątwami zaciętego wroga wszystkiego, co polskie, zniemczonego Ślązaka i zaprzańca, biskupa Jana Muskatę, który na jednym z procesów miał czelność powiedzieć: "Gdybym nie miał dokonać tego, co zacząłem, i gdybym nie wytępił narodu polskiego, wolałbym umrzeć". Temu to między innymi biskupowi "zawdzięczamy" w XIII wieku wzmożoną germanizację terenów zachodnich, a nawet Krakowskiego. Mnisi niemieccy rządzili się jak szare gęsi w klasztorach polskich, zwłaszcza cysterskich i franciszkańskich. Niemcy, Henryk z Wierzbowa i Jan Muskata, władali biskupstwami we Wrocławiu i Krakowie, 'a Niemiec Henryk Brene otrzymuje w roku 1281 nominację na arcybiskupstwo gnieźnieńskie. Biskup Muskata, bezwzględny i nie przebierający w środkach warchoł, będąc zdecydowanym wrogiem Łokietka, gorliwie popierał Wacławów czeskich i politykę niemiecką w Czechach i w Polsce. Sławne były jego procesy, w których występował jako wróg Polski. Udowodniono mu, że dokonał świętokradztwa (symonii) przekupując kapitułę, aby wybrała go biskupem. Dla opłacenia posłusznych sobie żołdaków niemieckich sprzedawał dobra kościelne, czynił w grobowcach biskupich katedry wawelskiej poszukiwania złota i klejnotów. Prowadził zbrojną i podjazdową walkę przeciw Łokietkowi, na którego rzucał kilkakrotnie klątwy, organizował wojsko i obwarowywał zamki. O Łokietku mówił: "Albo ja go usunę z kraju, abo on mnie. Niechaj sobie poszuka innego biskupa, a ja poszukam sobie innego księcia"*. (J.. Ptaśnik: “Monumenta Poloniae Vaticana”. Kraków 1914 t. III, s. 90). Polecając najemnym żołdakom palić i niszczyć kościoły polskie, wskazywał na topór i mówił: “Macie tu klucz świętego Piotra do otwierania kościołów" **. (J.. Ptaśnik: “Monumenta Poloniae Vaticana”. Kraków 1914 t. III, s. 80)'

Biskup Muskata, z siejącym postrach szwagrem swoim Gerlachem de Kulpe, z obwarowanego zamku biskupiego w Lipowcu dokonywał rabunkowych wypadów na okoliczną ludność Miechowa, Sącza, Wiślicy i Wieliczki. Walka biskupa Muskaty z Łokietkiem przeciw idei  zjednoczenia Polski i umocnienia władzy królewskiej przerywana była nieszczerymi aktami zgody i skruchy ze strony biskupa, które pozwalały mu nabrać oddechu do nowych ataków i zdrad. Muskata wyklinał Łokietka, Łokietek zamykał Muskatę do więzienia, ten błagał króla o przebaczenie, by znowu knuć zdradę, rzucać klątwę i z powrotem iść do lochów. Muskata cieszył się nieustannym poparciem papieży, którzy wszystkie jego klątwy na Łokietka bez zastrzeżeń zatwierdzali, popierając w ten sposób jego walkę z polskością. Nawet hierarchii kościelnej w Polsce musiał ten zdrajca w fioletach biskupich dobrze zajść za skórę, kiedy arcybiskup gnieźnieński, gorący patriota i obrońca silnej władzy królewskiej i jedności narodowej, Jakub Świnka, zawiesił go w urzędowaniu i ekskomunikował. "Ostatecznie papieski dostojnik, legat papieski, Gentilis, oczyścił Muskatę z zarzutów i kar kościelnych, Łokietka uznał winnym gwałtu i orzekł, że książę jest ekskomunikowany, zaś jego kraj obłożony interdyktem kościelnym, Na forum papieskim biskup wychodził zwycięsko..."*. (J. Baszkiewicz: “Polska czasów Łokietka”. Warszawa 1968; s. 108.)

To wszystko oczywiście pozwoliło władzy kościelnej pochować zdrajcę z wielkimi honorami w klasztorze cysterskim w Mogile i na tablicy wyryć napis o wielkich jego zasługach dla Polski i kościoła...

Niewielu naliczylibyśmy takich władców, których kary kościelne ominęły. Przyczyny tych kar zawsze były podobne: próby obalenia czy osłabienia władzy świeckiej, jeśli ta władza nie chciała uznać władzy kościoła. Władysław II, syn pierworodny Bolesława Krzywoustego, nosi w historii przydomek Wygnańca. Musiał bowiem uchodzić z kraju ścigany klątwą arcybiskupa gnieźnieńskiego, Jakuba ze Żnina, któremu nie na rękę była dążność księcia do zjednoczenia dzielnicowej Polski. Jakub ze Żnina przybył do obozu wojsk Władysława II i taką oto pełną obłudnych frazesów klątwę nań rzucił:

"Kiedy pogwałciwszy boskie i ludzkie prawa, zdeptawszy obowiązki święte ludzkości i przyrodzone związki, stałeś się w swej ślepocie zatwardziały, że ani cię bojaźń Boga i cześć jemu należna, ani życzliwych ludzi upomnienia i przestrogi, ani moje na koniec rady, prośby i namowy nie zdołały odwieść od występnych i najohydniejszych zamiarów i na drogę prawa nawrócić, przeto w imię Wszechmocnego Boga, którego namiestnictwo w tej sprawie piastuję, ciebie, jako gwałtownika i wydziercę własności twoich braci, nieprzyjaciela wiary i ojczyzny, praw boskich i ludzkich przestępcę, który wzgardziwszy mymi radami ojcowskimi, na najzbawniejsze głuchy przestrogi, faraońską serce zatwierdziłeś bezbożnością, wobec tego przytomnego ludu naprzód wyłączam ze społeczeństwa kościoła, a następnie jako upornego w grzechu i niepoprawnego wyklinam i surowości sądu bożego ostatecznie zostawiam"*.(Jana Długosza dziejów polskich..., jw., t. II, s. 17.)

Inni synowie Krzywoustego, Bolesław Kędzierzawy, Mieszko III Stary, również dostąpili “zaszczytu” klątwy za to, ze nie pozwoIiIi się Rzymowi mieszać w wewnętrzne sprawy państwowe i wygrywać waśni między braćmi. Kardynał Gwidon, legat papieski, rzucił klątwę. Biskup krakowski Getko, przy wybitnym współudziale wojewody Stefana, zorganizował spisek przeciwko Mieszkowi III, a na wiecu w Łęczycy uznał papieża za najwyższą władzę polityczną, zmniejszył świadczenia i podatki kleru oraz zniósł prawo przejmowania przez państwo majątków biskupów po ich śmierci. Papież oczywiście klątwę zatwierdził. Sojusznik magnaterii i biskupów w walce z Mieszkiem, Kazimierz, za to, że uznał uchwały łęczyckie i był marionetką w ręku możnowładców, nazwany został przez nich "Sprawiedliwym”.

Dziesięcina, jedna z najważniejszych i najczęściej występujących kości niezgody między :władzą świecką a kościelną, była powodem rzucenia klątwy przez arcybiskupa gnieźnieńskiego Fulko na księcia śląskiego Bolesława Łysego. Kiedy książę stanął po stronie swoich podwładnych świeckich, którzy postanowili zamienić niezwykle uciążliwą dziesięcinę snopową na pieniężną, biskup wrocławski Tomasz zaprotestował. Bolesław Łysy zakuł biskupa w kajdany i uwięził. Arcybiskup Fulko rzucił klątwę, a papież polecił biskupom w Gnieźnie i Magdeburgu zorganizować zbrojną wyprawę przeciw księciu. Biskupi nie mieli ochoty dzielić losu swojego kolegi Tomasza. Pięć lat więzienia nakłoniło biskupa Tomasza do ustępstw, a dwa tysiące srebrnych dla księcia przyniosły mu wolność.

Syn Bolesława Łysego, Henryk V miał z biskupem wrocławskim zatarg o podatki, których płacenia duchowieństwo mu odmówiło. Książę nie dał się zastraszyć klątwą i opornego biskupa wraz z posłuszną mu częścią kleru wypędził poza granice księstwa. Nic nie pomogły Henrykowi Brodatemu ani jego religijność, ani szczodra ręka fundująca liczne klasztory. Kiedy ośmielił się zakazać duchowieństwu poboru dziesięcin, biskup wrocławski Wawrzyniec wyklął go. Po raz drugi klątwa dotknęła Brodatego z rąk arcybiskupa gnieźnieńskiego Pełki. Aby upór ojca nie przeszedł na syna, papież Grzegorz IX specjalnym brewe z dnia 25 maja 1238 roku ostrzegł syna Henryka Brodatego, Henryka Pobożnego, że jeżeli nie cofnie zarządzeń ojcowskich, zwłoki ojca zostaną ekshumowane, wyrzucone z miejsca poświęconego i zagrzebane w miejscu nie poświęconym. Dwukrotnie również był wyklęty czwarty syn Henryka Pobożnego, książę głogowski Konrad. Spór poszedł o ziemie książęce, o wiele wsi, które bezprawnie przywłaszczył sobie biskup wrocławski. Tym razem jednak, mimo że wraz z klątwą na księcia spadł również na jego księstwo interdykt, który zabraniał odprawiania nabożeństw, znalazła się część duchownych, którzy klątwy i interdyktu nie uznali i nabożeństwa odprawiali. Oczywiście wszyscy zostali imiennie ekskomunikowani i nazwiska ich padły z ambon wszystkich kościołów.

Znany nam już ze swojej nigdy nie zaspokojonej zachłanności na ziemię i pieniądze biskup wrocławski Tomasz II spowodował rzucenie klątwy papieskiej na księcia śląskiego Henryka IV Probusa za to, że zabrał czterdzieści wsi z kasztelanii otmuchowskiej, będących dotychczas we władaniu biskupim. Duchowieństwo i rycerstwo podzieliło się na dwa obozy: stronników księcia i biskupa. A kiedy Tomasz II ponownie wyklął księcia i rzucił na jego księstwo interdykt, Henryk IV Probus ogłosił publicznie biskupa wrogiem i wyłączył go wraz ze stronnikami jego spod opieki książęcej. Jako wroga otoczył w Raciborzu i zmusił do uległości i odwołania klątwy. Zwycięsko również dla władzy świeckiej zakończony został spór między królem Kazimierzem. Wielkim a biskupem krakowskim Bodzantą. Był to okres, kiedy kościół był w posiadaniu wielkiego przywileju  postanowienia statutu wiślickiego, które zwalniało poddanych od ich obowiązków poddańczych wobec wyklętego. Prawo to uderzyło również w króla. Kazimierz Wielki mianowicie obłożył podatkami krakowskie dobra biskupie. Wówczas biskup Bodzanta wyklął króla, posyłając mu dekret ekskomunikacyjny przez księdza kanonika Baryczkę. Na taką obrazę majestatu królewskiego Kazimierz zareagował dekretem królewskim skazującym Baryczkę na śmierć przez utopienie. Dzierżącego w ręku dekret biskupi księdza Baryczkę zaszyto do worka i wrzucono do Wisły. Biskup Bodzanta zmuszony był odwołać klątwę, a król Kazimierz wymusił na episkopacie zniesienie panującego dotychczas zwyczaju przerywania na trzy dni nabożeństw w miejscowości, w której pokazał się człowiek wyklęty.

I nad głową króla Władysława Jagiełły próbowali książęta kościelni potrząsać klątwą. Celował w tym kardynał Zbigniew Oleśnicki, gorący zwolennik Krzyżaków, którym przecież - korzystając z małoletności Władysława (Warneńczyka) - ofiarował ziemię chełmińską, michałowską i pomorską. Po wielkim najeździe krzyżackim w roku 1432 na ziemię dobrzyńską i Kujawy, dwadzieścia cztery miasta z Inowrocławiem i Włocławkiem oraz około tysiąca wsi legło w gruzach, stało się pastwą płomieni. Mieszkańcy tych ziem, którzy uszli z życiem, zjawili się u króla błagając o pomoc w zagospodarowaniu się od nowa. Król położył rękę na dobrach kościelnych gnieźnieńsko-poznańskich, oddając je poszkodowanym do czasu następnych zbiorów. Wówczas zjawił się u Jagiełły Oleśnicki z groźbą klątwy: "Jeżeli z uporem i zatwardziałością serca pozostać zechcesz przy swoich błędach, wiedz, że gotów jestem i mam w sobie dość odwagi użyć na ciebie klątwy duchownej, a czego nie zdołam ojcowskim upomnieniem, skrócić potrafię karcącą rózgą apostolską"*.(Jana Długosza dziejów polskich..., jw. t. IV, s. 485.)

Nie miał jednak odwagi Oleśnicki groźby wykonać. Ten sprytny, bezojczyźniany patriota rzymski zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że Jagiełło nie cofnąłby się przed surową karą dla purpurata-śmiałka.

Kazimierz Jągiellończyk był ostatnim z królów polskich, którego, próbowano klątwą zastraszyć i złamać.

Z Kazimierzem walczył i papież Pius II i kardynał Oleśnicki. Pius II, o którym biskup Łętowski pisze, że "nie był życzliwy Polakom", zamianował biskupem krakowskim znanego protektora Krzyżaków,

Jakuba z Sienna.

Król nie uznał tej nominacji, skonfiskował dobra kapitulne, skazał wybrańca papieskiego na wygnanie, a na biskupstwo wprowadził swojego kandydata, Gruszczyńskiego.

Papież rzucił na króla klątwę, której on się nie uląkł i decyzji nie cofnął.

 “Przez cały czas panowania Kazimierza Jagiellończyka, od samego początku, jeszcze za życia Zbigniewa (Oleśnickiego) aż do końca, nie zdarzył się ani jeden wypadek, aby ktoś został biskupem wbrew woli króla; tyczy się to nawet ważniejszych opactw, tynieckiego i lubińskiego.

Zawsze i wszędzie po śmierci biskupa zjawiał się wśród grona kanoników poseł królewski z listem popierającym tego lub owego kandydata i z zapowiedzią,

 że nieposzanowanie swojej woli będzie JKM dochodził na osobach i dobrach przeciwników. A nie było to czczą groźbą; przykładem klasycznym tzw. wojna duchowna o biskupstwo krakowskie"

(St. Smolka: Władysław Jagiełło. Historia polityczna Polski. Nakładem Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie; 1920, s. 555.)

Od tego czasu papiestwo i kapituły zaprzestały opozycji przy wyborach biskupów i uwzględniały wolę królewską.

 Oleśnicki zagroził królowi klątwą za to, że odważył się zażądać od duchowieństwa dostarczenia podwód dla wojska i obciążyć je jego utrzymywaniem podczas postojów, czyli tzw. stacji. Jest rzeczą jasną, że Oleśnickiemu, który gotów był oddać całą Polskę w pacht Krzyżakom i Rzymowi, nie mógł się podobać żaden krok zmierzający do umocnienia władzy świeckiej i do uniezależnienia jej od papiestwa i jego agentur.

Wielu papieży darzyło Krzyżaków szczerą sympatią i popierało ich w antypolskiej polityce. Szczególnie wyróżnili się w tym względzie papieże: Grzegorz IX, Benedykt XII, Klemens VI, Innocenty VI, Mikołaj V, Kalikst III i Pius II. Między innymi polecali oni polskim duchownym, a przede wszystkim zakonom, współdziałać z Krzyżakami w grabieżczej i germanizacyjnej polityce. Nie jest w stanie ukryć tego np. dominikanin Jacek Woroniecki: "Krzyżacy przybywali do nas... otoczeni szczególną opieką Stolicy Apostolskiej, popierani przez jej legatów, nic tedy dziwnego, że dominikanie... chętnie stanęli z nimi do współpracy i poddali się ich kierownictwu jako wodzom pruskiej wyprawy krzyżowej" * (O.J. Woroniecki: “Św. Jacek Odrowąż i wprowadzenie Zakonu Krzyżackiego do Polski”. Katowice 1947; s.134.)

Bardzo często, kiedy zachodziła obawa, że klątwa może nie osiągnąć zamierzonego celu, dodawano do niej interdykt. Interdykt, podobnie jak klątwa, był szantażem, próbą zastraszenia i złamania tych wszystkich, którzy nie uznawali pierwszeństwa kościoła przed państwem, władzy osoby duchownej przed osobą świecką. Głównymi przyczynami rzucania interdyktów były sprawy majątkowo-podatkowe i walka o władzę. Na przykład spór o władzę spowodował rzucenie przez papieża Grzegorza V interdyktu na całą Francję. Ziemie polskie również doświadczały na sobie tej kary.

W okresie panowania Bolesława Kędzierzawego

legat papieski, kardynał Gwidon,

rzucił interdykt na całą

POLSKĘ

 za to, że niektórzy biskupi nie chcieli uznać klątwy rzuconej na Mieszka Starego

i Bolesława Kędzierzawego.

Oto fragment bulli papieża Eugeniusza III do episkopatu polskiego, zatwierdzającej klątwę i interdykt Gwidona:

"...My zatem potwierdzamy ten wyrok klątwy, jako też interdyktu, tak jak przez niego został wydany, i nakazujemy wam przestrzegać go oraz pilnować, by był ściśle przestrzegany. Ty zaś, bracie arcybiskupie, do którego to w pierwszym rzędzie należy z obowiązku twego urzędu, wszystkich twoich sufraganów i innych przełożonych kościołów o tym uwiadom, by nie mogli się potem wymawiać, i wyroku ściśle przestrzegaj, i dopilnuj przestrzegania poprzez innych wiedząc, że jeżeli który z was wyroku tego nie chciałby przestrzegać, nie ujdzie pomsty św. Piotra i świętego rzymskiego Kościoła. Dan w Lateranie 23 stycznia 1150 r."*. (Monumenta Poloniae Historica, t. II, s. 17.)

W roku 1272 całe księstwo głogowskie, rządzone przez Konrada, zostało obłożone interdyktem. W karach kościelnych znaleźli się wójtowie miejscy i niektórzy rycerze, którzy w zatargu księcia z biskupem wrocławskim o wsie znaleźli się po stronie księcia. Mieszkańcy Wrocławia, siedziby biskupów, byli ustawicznie nękani rozmaitymi daninami na rzecz kościoła, głównie dziesięciną i świętopietrzem.

Bogaci mieszczanie i równie bogaci rządzący nimi książęta świeccy byli nielada kąskiem dla zachłannych książąt kościelnych.

Rzym zdawał sobie z tego sprawę i nawet trzymał we Wrocławiu stałych poborców (nuncjuszy), tzw. kolektorów. Uprzykrzyły się wreszcie płatnikom te ciężary.

Pod kierownictwem księcia Henryka VI wtargnęli mieszczanie latem 1328 roku do katedry wrocławskiej, zdobyli ją szturmem, zabili i poranili wiele osób z otoczenia biskupa, zmuszając kapitułę z biskupem na czele do opuszczenia miasta i schronienia się do Nysy. Oczywiście na cały Wrocław padł interdykt. Po raz drugi interdykt spadł na Wrocław w roku 1342 za niezapłacenie świętopietrza. Wrocław wspólnie z Głogowem został ukarany za odmowę uiszczenia świętopietrza za siedemnaście ubiegłych lat. Autorem interdyktu był jeden z najgorliwszych poborców papieskich, nuncjusz Galhard. Tenże sam Galhard wydał specjalny spis ekskomunikowanych książąt śląskich i ich ziem:  "Imiona tych książąt, którzy pozostają w nieposłuszeństwie i których wykląłem, a ich ziemie poddałem interdyktowi kościelnemu, są następujące: Bolko niemodliński, Konrad oleśnicki, Wacław lignicki, Ludwik brzeski, Henryk jaworski, Jan ścinawski, Mikołaj raciborski, Mikołaj ziembicki, Kazimierz kozielski, Henryk II żagański, Bolko świdnicki II"*. (J. Ptaśnik: Monumenta. Poloniae Vaticana, jw. t. I, s. 408.)

Interdykt sięgał również na inne dzielnice Polski. Księstwo mazowieckie dotknął interdykt za to, że wojewodzic płocki Petrasz najechał dobra biskupie w Łowiczu. Ziemie pomorska i chełmińska wraz z biskupami warmińskim, poznańskim i chełmińskim zostały wyklęte za odmowę płacenia daniny papieskiej. Głośny, siedem lat trwający był spór pomiędzy papieżem Innocentym VI a duchowieństwem płockim. Kapituła płocka wybrała w roku 1353 biskupem swoim Imisława. Na ziemię płocką zapuszczał zagony zakon krzyżacki, któremu stawiał opór warowny zamek płocki. Biskup Imisław nie dawał gwarancji uległości Krzyżakom.

Wówczas papież, nie licząc się z prawnym wyborem kapituły, mianował biskupem płockim znanego poplecznika Krzyżaków, jawnego wroga Polski, dominikanina Bernarda. Kler płocki, zgodnie z wyraźnym życzeniem Kazimierza Wielkiego, nie uznał narzuconego sobie i wrogo do narodu polskiego usposobionego biskupa:

Wówczas Bernard rzucił na całą diecezję interdykt. Mimo to zwyciężyło twarde stanowisko króla i na biskupstwie płockim pozostał Imisław.

 Im bardziej wzmacniała się władza królewska, tym powszedniejsze stawały się kary kościelne, szczególnie w odniesieniu do panujących. Powszedniały i dlatego, że szafowano nimi na prawo i na lewo, w sprawach poważnych i błahych, szafowali nimi zarówno uprawnieni kanonicznie do ich stosowania, jak i nieuprawnieni. Kiedy rzucający klątwę bał się dotknąć panującego czy jakiegoś możnowładcę, to stosował interdykt.

Wypadek taki zdarzył się za czasów Władysława Jagiełły. Król wybrał się w roku 1386 do Gniezna. Kapituła gnieźnieńska obowiązana była do stacyj, czyli do utrzymywania na własny koszt przejeżdżającego króla wraz z całym jego orszakiem. Tym razem kapituła zbuntowała się i odmówiła tego prawa królowi. Jagiełło kazał zająć dobra kapitulne.

Wówczas mizerny proboszczyna gnieźnieński, Mikołaj Strosberg, rzuca na Gniezno interdykt, zagraża królowi klątwą i... ucieka z miasta. Nawet papież ówczesny nie potraktował tej kary poważnie, gdyż wyraził zgodę na odprawianie nabożeństw w miejscowościach, przez które Jagiełło przejeżdżał, choć interdykt wyraźnie tego zabraniał.

 Również na mieście Krakowie zamiast na królu Kazimierzu Jagiellończyku zemścili się kanonicy krakowscy w roku 1456. Przyłapani zostali na kradzieży pieniędzy i aksamitu dwaj księża krakowscy Mikołaj z Turska i Mikołaj z Gnojnik. Rajcy krakowscy na polecenie króla, mimo protestów kapituły, skazali ich na śmierć, ścięli pod bramą Floriańską i tam pogrzebali. Króla bano się ruszyć, rajców wyklęto, a na Kraków został rzucony interdykt. Przez okres kilkunastu dni a był to czas postu, życie religijne Krakowa ustało. Wystarczyło jednak 300 złotych złożonych przez rajców aby kary przestały działać. Jak już wspomnieliśmy, od czasów Kazimierza Jagiellończyka kościół przestał wojować z królami przy pomocy klątwy. Groziła ona jednak w dalszym ciągu szlachcie, mieszczanom i pomniejszym osobom, którym zarzucano albo "herezję", albo brak posłuszeństwa dla władzy duchownej, albo wreszcie niewywiązywanie się z obowiązków dziesięcinnych. Za Zygmunta Augusta niemal co drugi szlachcic był wyklęty za jedno z wymienionych przewinień albo po prostu za kontaktowanie się z wyklętymi lub ich wspomaganie.

Podobna ewolucja nastąpiła również na odcinku stosowania interdyktu. Interdykty na cały kraj, na dzielnice lub miasta większe należały już do rzadkości. Coraz rzadsze wypadki rzucania interdyktu dotykały małych parafii, wiosek, w najlepszym razie miasteczek. Tak na przykład w latach pięćdziesiątych XVI wieku miejscowość Tymbark koło Sącza znalazła się pod interdyktem z powodu nie oddanej biskupowi dziesięciny. W r. 1772 pięćdziesiąt trzy dni znajdowały się pod interdyktem wsie dziekanatu zatorskiego za napad. Na plebana ze Stryszowa, obrabowanie go i powieszenie na przydrożnym buku.

W roku 1774 wieś Malszczowa pod Krakowem została wyklęta za odmowę płacenia dziesięcin. W tym samym czasie dwie inne wioski, Sadki i Grabianina, dotknęła taka sama kara za to samo "przestępstwo". Były to jednak już czasy, kiedy sprawy danin kościelnych wchodziły w zakres działania władzy świeckiej i wszelkie kary kościelne wobec osób nieduchownych musiały mieć uprzednią zgodę władzy cywilnej.

3. W RODZINIE KOŚCIELNEJ

Oddzielny rozdział historii kościoła stanowią walki wewnętrzne, toczone pomiędzy poszczególnymi dygnitarzami, pomiędzy hierarchią kościelną a duchowieństwem szeregowym i wreszcie pomiędzy duchownymi niższego szczebla. I tu, podobnie jak w odniesieniu do świeckich, miała pełne zastosowanie kara klątwy. Klątwę rzucano za rozmaite przewinienia. Najczęstszą przyczyną była walka o wpływy i o majątek.

Niemało również było wypadków rzucania klątwy na duchownych, którzy przejrzeli istotne cele polityki papieskiej. Próbowali oni walczyć. Formy tej walki były różne. Jedni, powodowani utopijnymi marzeniami o prawdziwie Chrystusowym królestwie na ziemi, występowali z krytyką ustroju kościoła, jego przepychu, jego zachłanności na bogactwa, atakowali papieży i gorszące stosunki na dworze papieskim, biskupów i opatów za ich niemoralny tryb życia, żądali reform oraz nawrotu do chrześcijaństwa pierwotnego. Niektórzy wytykali papiestwu jego związki z ośrodkami wyzysku i ucisku, jego ambicje polityczne i wojenne, jego dążność do ekspansji terytorialnej. Inni znowu demaskowali wstecznictwo kościoła, jego niechęć do każdej myśli prawdziwie naukowej i postępowej. Wiedzieli oni, że ciemnota i zacofanie ludu leżą w interesie klas panujących i posiadających, a więc i kościoła, że są warunkiem spokojnego i beztroskiego funkcjonowania ustroju niesprawiedliwości społecznej. Kościół bowiem, utrwalając ciemnotę, umacniał jednocześnie wśród mas poczucie bezsilności wobec istniejącego ustroju i wobec ślepych sił przyrody. Na każdą wątpliwość w tym zakresie miał gotową odpowiedź: tak musi być, taka jest wola Boga. Każda próba zmiany istniejącego stanu była uważana za sprzeniewierzenie się tej woli, a więc za grzech najcięższy. Byli jednak tacy, którzy nie zważając na zakazy boskie i biskupie porywali się do walki z tymi "świętościami" politycznych teorii kościoła, stawali w szeregach obrońców ludu.

Popadali oni oczywiście pod najcięższe kary kościelne, głównie pod klątwę nakładaną często w odniesieniu do duchownych - suspensą.

Najostrzejsze formy przybierała walka o władzę i o dobra ziemskie na najwyższym szczeblu kościelnym, gdzie nie wzdragano się przed stosowaniem najohydniejszych metod, do zbrodni włącznie. Moralny rozkład papiestwa osiągnął swój szczyt w wieku X.

 “Był okres wtedy, mianowicie od końca wieku IX aż w głąb wieku XI, bardzo przykry, który nosi w historii kościoła nazwę

<<wieku ciemnego>> (saeculum obscurum)

- okres, w którym ogólne skażenie nie oszczędziła nawet stolicy apostolskiej.

Papieże byli w nim narzędziem albo igraszką w rękach możnych partii politycznych albo też cesarzy, przy czym niekiedy o tym, kto ma kierować łodzią Chrystusową, decydowała wola ambitnej, pozbawionej skrupułów niewiasty. Zmieniali się też bardzo często. W ciągu jednego stulecia zasiadło-ich na stolicy Piotrowej aż dwudziestu pięciu·i wielu z nich zginęło śmiercią gwałtowną, uduszonych. albo zgładzonych w więzieniu po to, aby uczynić co rychlej miejsce drugiemu kandydatowi stronnictwa chwilowo zwycięskiego... trafił się zaś między nimi i jeden taki,

Bonifacy VII, którego historia nazwą straszliwego potwora:

 monstrum horrendum, napiętnowała"... - tak charakteryzuje ówczesne papiestwo czołowy historyk kościoła, ks. prof. dr Józef Umiński *. (Ks. J. Umiński: Kryzysy Kościoła Katolickiego. Poznań 1947; s, 10-11)

 

Serię takich papieży rzucających najcięższe kary na swoich przeciwników rozpoczyna papież Sergiusz III (904-911). Sergiusz wydaje polecenie zrzucenia z tronu papieskiego i następnie uduszenia dwóch swoich przeciwników. Żyje on jawnie z rzymianką Marozją, która urodziła mu syna, późniejszego papieża Jana XVI. Marozja, idąc zresztą śladami matki swojej Teodory, rządziła przez dłuższy czas tronem papieskim, osadzała na nim swoich kochanków i krewnych, organizowała zabójstwa konkurentów. Marozja była sprawczynią zabójstwa papieża Jana X, który był kochankiem jej matki. Wnuk Marozji, Oktawian, został papieżem mając lat osiemnaście, jako Jan XII. Zamienił on pałac laterański na dom publiczny, w którym w otoczeniu nałożnic wznosił toasty za zdrowie szatana, na cześć bogini Wenus, a razu pewnego - będąc w dobrym humorze - wyświęcił on w stajni swojego ulubionego konia na biskupa!!!.

Krescencjusz, siostrzeniec Marozji, poleca udusić papieża Benedykta VI i osadza na tronie Bonifacego VII. W tym samym czasie prócz Bonifacego VII było jeszcze dwóch papieży: "Zasługą" również Krescencjusza jest śmierć papieża Jana XIV. Pomiędzy papieżami Grzegorzem V i Janem XVI wybuchła walka na śmierć i życie. Zwyciężył Grzegorz.

Uwięził on Jana XVI, kazał go oślepić obciąć mu nos i uszy, potem posadzić na ośle twarzą do ogona i tak oprowadzić po mieście. Po tej ceremonii wtrącił kalekę do więzienia i na śmierć zagłodził. Wszyscy przy tym wyklinali się wzajemnie w uroczysty sposób.

Na specjalną wzmiankę zasługuje papież Jan XXII, który zasłynął setkami klątw i interdyktów rzucanych na biskupów i rządzone przez nich diecezje za opieszałość lub odmowę płacenia świętopietrza.

Podobny okres przeżywało papiestwo w wieku XIV

"kiedy w ciągu prawie czterdziestu lat z rzędu zwalczały się namiętnie, szafując interdyktami i ekskomunikami, dwie, a potem nawet trzy obediencje: rzymska, awiniońska, a pod koniec także pizańska" *. (Ks. J. Umiński: Kryzysy Kościoła Katolickiego. Poznań 1947; s, 13)

Papieże obkładali klątwą, zaszywali w worki i wrzucali do morza przeciwnych im kardynałów, handlowali urzędami kościelnymi i odpustami, oskarżali się wzajemnie o herezję. Wiek XV ma papieża Sykstusa IV (1471-1484), który wszystkich poprzedników prześcignął w szafowaniu klątwą, w rozpuście, w chciwości i pysze. Otoczony był zawsze chłopcami, których deprawował. Pięknemu dwunastoletniemu synkowi jego nadwornego golibrody dostała się nawet godność biskupia, a potem kardynalska...

Następcami Sykstusa IV byli Innocenty VIII, który papiestwo zdobył za pieniądze, i Aleksander VI Borgia, który na tronie papieskim zasiadał wraz z liczną gromadką córek i synów. W wieku XVI papież Sykstus V (1585-1590) prześcignął swoich poprzedników nadzwyczajnym okrucieństwem. On to był autorem powiedzenia: "Chcę, ażeby za moich rządów więzienia były puste, a szubienice pełne". Za jego czasów działał anonimowo Pasquino, autor dowcipnych i ostrych pamfletów antypapieskich. Sykstus V obiecał tysiąc dukatów i odpuszczenie grzechów temu, kto wyda tego śmiałka. Pasquino zgłosił się osobiście.

Otrzymał tysiąc dukatów, aIe stracił język i prawą rękę.

Bardzo aktywnie włączyła się święta inkwizycja do zwalczania rewolucji francuskiej. Papież Pius VI rozesłał do biskupów francuskich listy,  w których pod groźbą ekskomuniki zabraniał uznawać konstytucję cywilną oraz zachęcał do organizowania kontrrewolucji.

W wydanym 13 kwietnia 1791 roku brewe do całego duchowieństwa francuskiego zagroził klątwą tym wszystkim duchownym, którzy w ciągu czterdziestu dni nie odwołają złożonej na nową konstytucję przysięgi. Tą samą karą zagroził proboszczom wybranym przez lud, jeśli tylko przystąpią do sprawowania swoich funkcji. Klątwa "w rodzinie" nie obca była również polskim stosunkom kościelnym. Doświadczył jej na sobie arcybiskup lwowski Jan Odrowąż, który naraził się kapitule lwowskiej, gnębiąc ją świadczeniami, specjalnymi podatkami i zabierając jej beneficja Kanonicy odwołali się do prymasa, a następnie do soboru bazylejskiego i papieża.

Odrowąż popadł w klątwę i w klątwie umarł.

Zgodnie z regułą ciało arcybiskupa przez dwa miesiące leżało przed katedrą.

 Potrzebny był dopiero ohydny, publiczny rozkład ciała,

aby papież cofnął ekskomunikę i zezwolił na jego pochowanie!!!!!.

(W głowie się to nie mieści; to dzieło diabła a nie Boga.)

W okresie Odrodzenia, w pierwszej połowie XVI wieku, politykę samodzielności wobec papiestwa i uniezależnienia się kościoła polskiego od Rzymu i jego dyrektyw reprezentował arcybiskup gnieźnieński, prymas polski,  Jan Łaski. Był on autorem statutów synodalnych, które miały na celu uregulowanie stosunków kościelnych w Polsce i stworzenie własnej, polskiej narodowej linii polityki kościelnej, podporządkowanej jedynie świeckiej władzy polskiej. Po raz pierwszy w naszych dziejach zebrał on obowiązujące w kraju prawa, które przeszły do historii pod nazwą Statutu Łaskiego. Gdy możnowładcy polscy dążyli do zaboru ziem leżących na wschód od Polski, Łaski walczył o ziemie polskie nad Odrą i Bałtykiem, dążył do ograniczenia zgubnej dla narodu polityki feudałów na rzecz silnej władzy królewskiej. W odpowiedzi na hasła głoszone przez Łaskiego jak największej samodzielności kościoła w Polsce, jego niezależności od antynarodowej polityki kurii rzymskiej, w odpowiedzi na walkę o silną władzę i ukrócenie samowoli feudałów świeckich i kościelnych papież Klemens VII wydał specjalną bullę, w której nazwał Łaskiego nie arcybiskupem, lecz arcydiabłem, i obłożył go klątwą. Potężny prymas, nieustępliwy przeciwnik Krzyżaków i Habsburgów, nie dopuścił jednak do ogłoszenia klątwy i godność metropolity (arcybiskupa) zachował do końca życia (1531). Tak "charakteryzuje" Łaskiego papież we wspomnianej bulli:

"Syn ciemności a brat zdrajcy Judasza - Jan Łaski, z imienia arcybiskup, ale z czynów arcydiabeł gnieźnieński w Królestwie Polskim, wyrzekłszy się wiary, uczciwości i bojaźni bożej, jakby jaka żmija łaknąca krwi chrześcijańskiej"*. (Ks. Jan Korytkowski “Arcybiskupi gnieźnieńscy”. Poznań 1889; t. II. s. 716.)

Wyklinali się nawzajem biskupi, wyklinały też kapituły biskupów i biskupi kapituły. Arcybiskup gnieźnieński Mikołaj Dzierzgowski wyklął w roku 1547 biskupa Andrzeja Zebrzydowskiego. Powodem klątwy - jak zwykle - była sprawa nader doczesna, szło o wieś. Podobna ziemska przyczyna skłoniła biskupa poznańskiego Izdbieńskiego do rzucenia klątwy na wszystkich członków kapituły, którzy odważyli się upomnieć o jej fundusze zagrabione przez biskupa.

 Kapituła nie pozostała dłużna biskupowi.

Na klątwę odpowiedziała klątwą.

Dopiero synod piotrkowski w roku 1551 pogodził zwaśnionych. Zabawną historię przeżywała Polska w drugiej połowie XVI wieku. Biskup chełmski, a potem kujawski, Jakub Uchański, znany był ze swojego tolerancyjnego stosunku do protestantów.

Dlatego ówczesny papież Juliusz II nie chciał go na biskupstwie zatwierdzić.

Kiedy biskup Uchański, mający za sobą poparcie króla, siłą wtargnął na diecezję kujawską, papież rzucił na niego klątwę.

Biskup Uchański w odpowiedzi

 na to

rzucił klątwę

na papieża!!!!!!!.

Po śmierci

"wyklętego" papieża

następca jego zatwierdził Uchańskiego na Kujawach,

a nawet zgodził się w kilka lat potem na mianowanie go arcybiskupem gnieźnieńskim, z czym łączyła się godność prymasa Polski.

 

4. PRZECIW KLĄTWIE

Z biegiem czasu, gdy nauka i oświata otwierały również "maluczkim" oczy, gdy nieludzki, niezgodny z głoszoną ewangelią wyzysk i terror przekraczał najwyższe granice, coraz częściej podnosił się głos oburzenia i sprzeciwu.

 Najpierw zrzucali z siebie jarzmo religijnej i materialnej niewoli królowie, cesarze, książęta i możnowładcy. Nie zawsze zrzucali je jednak po to, by z dotychczasowym władcą “duchowym" rozpocząć walkę, ale po to, by wspólnie z nim, pod osłoną jego haseł religijnych, nadal utrzymywać w niewoli średnie i niższe warstwy. Później wyzwalała się stopniowo z kościelnego sądownictwa i obowiązków podatkowych szlachta, następnie mieszczaństwo. Najpóźniej przedarło się przez gruby mur niewoli chłopstwo. Chłopstwo, osaczone przez zjednoczonych duchownych i świeckich ciemięzców, broniło się wszelkimi siłami przed pogłębiającą się z każdym dniem niewolą. Kiedy ich łupiono ze wszystkich stron daninami w pieniądzu i naturze, "wszelkimi sposobami chcieli-zrzucić z siebie ciężar, toteż poborcy kazali im przysięgać z ręką na relikwiach, a gdy ręka przy tym zadrżała lub palce nie były stosownie położone, winny musiał dać podwójną dziesięcinę i karę pieniężną" *. (Al. Świętochowski: Historia chłopów polskich, jw., t. I, s. 26)

Poborcy podatkowi wykonywali ściśle zarządzenia panów kościelnych i świeckich. Rolę kościoła w aparacie ucisku trafnie charakteryzuje wybitny historyk, Władysław Smoleński: Kościół... "wznosząc się ponad samych książąt powagę, rozkazy ich swoją umacnia sankcją i z klątw kościelnych piorunem w obliczu pobożnej powszechności staje się panem. Na gruncie uczuć religijnych bujnie się krzew ten rozrastał, do czego i panujący przykładali się dużo. Niemałym to dla dążeń teokratycznych było poparciem, skoro sami książęta z nieufnością we własną potęgę czy z pobożności a poszanowania dla władzy duchownej rozporządzenia swoje osłaniali puklerzem kościoła"*.(Wł. Smoleński:” Mazowiecka szlachta w poddaństwie proboszczów płockich”. Warszawa 1951; s. 24.)

Nic dziwnego, że odwołania i prośby chłopstwa. Do książąt, wojewodów czy starostów były daremne. Ręka rękę myła. "Gdy poddani w Lądzie wnieśli (1322) skargę do Przybysława wojewody poznańskiego na niesłuszne wymaganie od nich powinności, ten łącznie z biskupem i baronami nie tylko oddalił ich zasadnicze żądania, ale zalecił im wieczne milczenie i skazał na wieczną niewolę"**.(Al. Świętochowski:” Historia chłopów polskich”, jw s. 120.)

Cóż chłopom pozostało? Albo ucieczka, albo czynny opór. Zbiegostwo chłopów stało się zjawiskiem tak częstym, że ich "właściciele" wiązali się specjalnymi umowami co do wzajemnego wydawania sobie zbiegów. W roku 1453 biskup płocki Paweł i biskup chełmiński Jakub taką właśnie umowę z sobą zawarli. A w 1478 ziemia gostyńska i ziemia łęczycka zobowiązały się do wzajemnego przekazywania uciekinierów. Czynny opór miał rozmaite formy. Kroniki klasztorów jezuickiego i benedyktynek w Staniątkach wspominają o napadach chłopów pańszczyźnianych na zabudowania zakonne i o ich splądrowaniu. Wszyscy chłopi znaleźli się oczywiście pod klątwą biskupa krakowskiego. Ogień wielkiego powstania chłopskiego na Podhalu w roku 1651 pod wodzą Kostki Napierskiego został zgaszony głównie przez najemne oddziały biskupa krakowskiego Gębickiego, jednego z największych feudałów w Małopolsce. Z jego to również polecenia dziekan żywiecki ks. Kaszkowic podstępem i zdradą wydał przywódców powstania w ręce biskupie. 18 lipca 1651 r. za sprawę chłopską zginął na palu na górze zwanej Lasota na dzisiejszych Krzemionkach krakowskich, Kostka Napierstki, były jezuita - jak wskazują na to najnowsze badania historyków. Powstańców mazowieckich spotykała najsurowsza kara na terenie dóbr wyszkowskich biskupa płockiego i w dobrach wieluńskich kapituły płockiej. A głównym likwidatorem powstania wielkopolskiego, zresztą słabszego od podhalańskiego, był biskup poznański, Kazimierz Florian Czartoryski.

Niezbyt dobrze musieli się zapisać w pamięci ludności wiejskiej proboszczowie i kanonicy, skoro do dnia dzisiejszego zachowały się na Podhalu piosenki śpiewane kiedyś przez zbójników, którzy nie bali się zapalić fajek od świec na ołtarzach:

Nie bojem się pana ani jegomości,

Wezmem siekierecke, porubiem na kości.

Księdzu dać, księdzu dać bobowej poliwki,

Coby nie pozirał z ambony na śliwki *.

(Materiały antropologiczno-archeologiczne i etnograficzne. Kraków 1898; t. III.)

Nic dziwnego, że w każdą niedzielę z każdej ambony padały pod adresem buntujących się chłopów wersety ewangeliczne w rodzaju:

"A ja wam powiadam: Miłujcie nieprzyjacioły wasze, dobrze czyńcie tym, którzy was mają w nienawiści a módlcie się za prześladujących was" (Mt., 5.44).

“I gdy staniecie do modlitwy, odpuśćcież, jeśli co przeciw komu macie, aby i Ojciec wasz, który jest w niebiosach, odpuścił wam grzechy wasze" (Mt. 11.25).

“Błogosławcie prześladujących was, błogosławcie, a nie przeklinajcie" (List św. Pawła do Rzymian 12.14).

Zapędy władcze kleru, jego panoszenie się, stałe grożenie klątwą, narzucanie królowi ustaw kościelnych - szczególnie z zakresu sądownictwa - wreszcie obłudne posługiwanie się Pismem św. - dokuczały i wyczerpywały cierpliwość nie tylko chłopów. Szlachta i część możnowładców, głównie tych, którzy zasmakowali w reformacyjnych nowinkach religijnych głoszących m.in. wyzwolenie wiary od bogactwa ziemskiego, zaatakowali na sejmie piotrkowskim w r. 1552 kler ustami hetmana wielkiego koronnego Jana Tarnowskiego:

"Przywłaszczyliście sobie prawa majestatu na mocy jakichś dekretaliów, które nic nie znaczą u nas, a tym mniej u króla, co na nasze przysięgał prawa i przez nie siedzi na tronie, a nie z woli papieża i dekretaliów. Rzucajcie sobie klątwy tam, gdzie się was boją!...Nie będzie król trzymał miecza w ręku na wasze zachcenia, ani my nie oddamy głów naszych pod prawa, którymi okrutne skryby i nędzni faryzeusze święte pismo splamili. Gdy nadto w bieżącym roku do okrucieństwa praw waszych dodamy nienawiść, a któż by was dłużej znosił? Pytacie, co zrobicie z waszymi dekretaliami, jeśli nic znaczyć nie będą? My się pytamy, co się stanie z naszymi prawami, jeśli wasze dekretalia coś znaczyć będą? Gardzą nimi już wszystkie narody nie dlatego, iżby się pobożność na świecie zmniejszyła, ale dlatego, że sobie życie ludzkie, ojczyznę, cześć i mienie nasze mało ważą, że podejrzenie robi się u was heretyków, że dowodzicie winy oszczerstwami i szpiegami, że gwałtem wymuszacie wyznanie. Czy Wasza Królewska Mość chcesz ich użyć na nas i czy my ich znosić będziemy? To jest pytanie. Według praw naszych możecie sądzić herezję w Senacie, wspólnie z nami, na widowni całej Polski, nie w piwnicach biskupich, polskimi, nie rzymskimi prawami - aby nikt z winnych nie czuł się uciśniony gwałtem albo strachem, albo szedł w prawo swoje wobec króla, aby mógł pytać głośno i głośno zbijać zarzuty...  Nie zniosą ludzie największej wolności, abyście ich bezkarnie grabić i z kraju wypędzać mogli......tu nie o wiarę, tu o wolność sprawa, którąście sądem waszym zgwałcili!".

Kiedy biskup Zebrzydowski przerwał Tarnowskiemu zapytaniem : "Czymże ja w Polsce będę, Tarnowski, jeśli mi heretyków sądzić nie wolno? Woźnym czy biskupem?"

Wielki hetman odparł:

"Przyzwoiciej tobie, Zebrzydowski, być woźnym, niż mnie twoim niewolnikiem"*.

(L. Kubala: Stanisław Orzechowski i wpływ jego na rozwój i upadek reformacji w Polsce. Lwów 1906; s. 33-34.)

W roku 1573, a więc w osiem lat po sprowadzeniu zakonu jezuitów do Polski, tzw. konfederacja warszawska - mimo protestu reakcji katolickiej i gróźb kościelnych - uchwaliła ustawę, która gwarantowała szlachcie ariańskiej i protestanckiej swobody religijne.

W cztery lata później, na synodzie piotrkowskim, zawisła klątwa nad każdym, kto "chciałby rzeczone przymierze pochwalić, bronić lub mu sprzyjać"**. (A. Pawiński: “Synod Piotrkowski w roku 1577”. Warszawa 1877; t. IV, s. XXV)

Ustawa ta, choć nie przetrwała długo i często była łamana, była aktem niemałej odwagi. Magnaterii polskiej udało się uwolnić spod ciężarów i sądownictwa kościelnego. Kler, który stracił tak cenną pożywkę, nie zadowolił się samym chłopstwem. Rzucił się na ubogą szaraczkową szlachtę, na której usiłował sobie odbić stratę magnaterii. Ze zdzierstwa słynęli na całą Polskę duchowni mazowieccy. Uboga szlachta wyszkowska, z burmistrzem, rajcami i ławnikami na czele, organizuje tajne schadzki, wypowiada biskupowi płockiemu i proboszczom posłuszeństwo i odmawia podatków i powinności. A kiedy król Stanisław August specjalnym listem nakazuje im posłuszeństwo i upoważnia biskupa do zbrojnego poskromienia zuchwalców, ci 21 stycznia 1791 roku kierują do sejmu błagalny list następującej treści:

"Życie szlachcica parafii wieluńskiej jest własnością samowolnej woli proboszcza płockiego, któren nic innego, jak tylko samą przemoc wziąwszy za fundament, wybudował na nim gród wieluński i w nim kryminalne ostatecznie na szlachtę swej parafii pisał dekreta...Wyjmijcie ich spod jarzma przemocy proboszcza płockiego, który im ani do żadnego w Polsce stanu, ani do żadnego narodowego prawa opieki należeć nie dopuszcza, ale się nad nimi z absolutną władzą najwyższym panem być mieni...Litości i skończenia ucisków naszych jak najpokorniej dopraszamy się"* (Wł. Smoleński: “Mazowiecka szlachta w poddaństwie proboszczów płockich”. Warszawa 1951; s. 75-76.)

Przeciwko zachłanności, szczególnie wyższych dostojników kościelnych, buntowali się nawet duchowni niższych stopni, których też już coraz mniej przerażała klątwa. Wyrazem tego jest słynna skarga kapituły krakowskiej wniesiona na synodzie kościelnym w roku 1551 na znanego nam już biskupa krakowskiego Zebrzydowskiego. Cóż kanonicy krakowscy zarzucają swojemu zwierzchnikowi?

"Biskup krakowski Zebrzydowski żyje nieczysto, zdziera ludzi, bierze, nie oddaje, wierzycieli okpiwa...Po kościołach brak mszałów i agend, księża nie mają postyll i kazań i wyśmiewają ich nieuctwo świeccy, a nienawidzą ich dla skąpstwa... Niech biskupi swych poddanych nie uciskają nowymi daninami, ani karzą pieniężnie, niech dbają, aby ich ekonomowie nie uciskali ubogich" *. (Wł. Błachut: Jak rosły dobra martwej ręki. "Nowiny Rzeszowskie" r.1953, nr 34.)

Nie tylko bunty i protesty były formą uwalniania się od bicza klątwy i jej skutków.

Kościół rzucał bardzo często klątwę z myślą otrzymania za jej odwołanie sowitej opłaty.

 Istnieje dzisiaj w Watykanie specjalny urząd, tzw. penitencjarii papieskiej, który jest powołany do odpuszczania grzechów i udzielania dyspens.

Miał on swojego poprzednika za czasów papież Jana XXII, który ustalił taryfę opłat za powszechne przestępstwa i za uniknięcie klątwy.

Na przykład według tej taksy za siedem groszy można było uzyskać rozgrzeszenie zarówno za lichwę,

jak i za udzielenie ślubu bez zezwolenia proboszcza, na terenie którego parafii mieszkała jedna ze stron. Tańszy był gwałt bo kosztował sześć groszy,

 a najtańszy był grzech kazirodztwa - pięć groszy. Świętokradztwo można było kupić sześcioma groszami.

Zabójstwa utrzymywały się na tym samym mniej więcej poziomie. Natomiast przy zabójstwie zbiorowym, gdy dopuściło się go kilka osób okup był znacznie tańszy, bo dwa grosze od osoby.

Tyle samo zresztą, co grzech zakonnicy udającej się na kurację do wód...

Kto więc miał grosze, mógł kraść, gwałcić, mordować. Kościół był łaskawy i chętnie odpuszczał winy. To wygrywanie ciemnoty ludzkiej i fanatyzmu religijnego dla księżej kieszeni przetrwało do czasów późniejszych.

Jeszcze w roku 1774 pewien polski obywatel ziemski pisał w swoim dzienniku:

"Od dawna zauważyliśmy w gospodarstwie rozmaite nieszczęścia; grad zbił pszenicę i groch, ogień pokazał się w kuchni, słowem, plagi boże i złe wróżby-. Nie wiedzieliśmy, czemu to przypisać, gdy wreszcie z i·pomocą bożą ujawniła się zgroza grzechu sodomskiego. Ów grzech sodomski polegał na tym, że wychowanica pani, szlachcianka, zawiązała stosunek miłosny z poddanym"*

. (Bruggen: “Polens Auflosung” (Upadek Polski). Lipsk 1878; s. 120)

Gdyby to był okres wczesnego średniowiecza, rzucono by niewątpliwie klątwę, a może interdykt na całą wieś. Ale pod koniec XVIII wieku klątwą niewiele można było zwojować i na klątwie niewiele można było zarobić.

Wobec tego poddany odsiedział pięć dni w dybach, "przy tym odprawiono mszę za zbawienie duszy sprawców nieszczęścia"**. (Tamże)

Msza oczywiście kosztowała bardzo drogo. Trudno uwierzyć, że jeszcze w roku 1928, można się było uwolnić od najcięższej kary, bo "wprost od Boga pochodzącej", za pieniądze.

Niejaki ks. Łękosz nie wstydził się pisać: "Znam pewną parafię, położoną w okolicy wybitnie rolniczej, gdzie stale nękało ludzi gradobicie. Pracowali w pocie czoła, a czasu żniwa nie było co sprzątać. Odkąd jednak zaczęli składać ofiary na różne dobre cele, nie wyłączając misji katolickich, złowrogie chmury gradowe omijają ich stale"***.(,;Głosy Katolickie” r.1928, nr 348)

Pod karami kościelnymi musieli wierni płacić podatki na rzecz Rzymu i duchowieństwa.

 A kiedy w okresie międzywojennym, w czasie potwornej nędzy, bezrobocia i kryzysu, żadna kara kościelna nie była straszna, ks. Żongołłowicz, zausznik Piłsudskiego, wniósł w roku 1932 pod obrady sejmu projekt "ustawy na rzecz kościoła". Składki miały być przymusowe. Projekt uchwalono. Składki ściągano przy pomocy księdza grożącego piekłem oraz sekwestratora państwowego.

Jakże się więc dziwić, że przy pomocy ustaw państwowych np. z jednego tylko biednego powiatu rzeszowskiego wydusili proboszczowie w latach największej nędzy fundusze na budowę siedmiu wspaniałych kościołów, z których najtańszy kosztował dwadzieścia pięć tysięcy, a najdroższy, w Rudnej, dwieście jeden!

Zacofane wioski płaciły, bo jeden ksiądz groził plagami żywiołowymi, a drugi obiecywał dobre urodzaje i więcej mleka od krowy...

Wszelkimi sposobami bronili się ludzie przed klątwą.

 Coraz bardziej, w miarę jak fanatyzm i ciemnota ustępowały miejsca kulturze, oświacie, wolnościowym i postępowym prądom wiejącym ku Polsce z zagranicy, zmniejszał się i kurczył zasięg oddziaływania klątwy.

Zmniejszała się również ilość ludzi, którzy przed tą karą drżeli.

Z każdym wiekiem, z każdym dziesiątkiem lat klątwa coraz mniej straszyła i coraz słabiej działała. I dlatego, kiedy książę Bolesław Rogatka w roku 1258 musiał się bronić przed klątwą i groźbą wyprawy papieskiej zamknięciem do więzienia biskupa wrocławskiego Tomasza I, to już dwa wieki później Kazimierz Jagiellończyk mógł poprzestać na zakomunikowaniu przez swojego posła papieżowi, że jeżeli nie przestanie grozić Polsce i jej królowi klątwą, straci prawo mieszania się do spraw kościoła w Polsce. W związku z tym zrozumiały jest fakt bicia w dzwony i odprawiania nabożeństw na złość legatowi papieskiemu i agentowi Krzyżaków, Hieronimowi, który obłożył Brześć Kujawski interdyktem. Coraz mniej przejmowali się klątwą-suspensą sami księża, mający zawsze za sobą część szlachty czy magnaterii. I tak ks. Walenty z Krzczonowa, wyklęty i pozwany przed sąd biskupa krakowskiego Samuela Maciejowskiego za wstąpienie w związki małżeńskie, nie uląkł się wyroku biskupiego i nie rozszedł się z żoną, pozostając nadal. księdzem.

Od sprawy ożenku innego księdza, Stanisława Orzechowskiego, w wieku XVI trzęsła się cała ówczesna Polska. Po stronie księdza Orzechowskiego stanęła wszystka prawie szlachta.

W wieku XVIII znów kanonicy krakowscy odpowiedzieli

na klątwę biskupa Sołyka uwięzieniem go i uznaniem za psychicznie chorego!


Szlachta i magnaci również z lekceważeniem zaczynali podchodzić do tej kary kościelnej. Głośna była sprawa posła na sejm Hieronima Ossolińskiego, którego wyklęto za to, że nie uiścił dziesięciny kościelnej. W odpowiedzi na to, kiedy biskup Spott odprawiał sumę w katedrze wawelskiej w święto Wniebowstąpienia, Ossoliński wszedł do katedry. Biskup przerwał nabożeństwo i polecił wyklętemu opuścić kościół.. Ossoliński oświadczył, że najpierw muszą wyjść ci, którzy ośmielili się obłożyć go klątwą. Biskup zmuszony był opuścić katedrę, a za nim dopiero wyszedł Ossoliński, którego jeszcze na dobitek kapituła krakowska musiała przeprosić za publiczną obrazę.

Okres upadku klątwy zaczyna się w wieku XV. "W XV w. zaczęto tej broni zbyt samowolnie używać. Klątwę rzucał byle duchowny, a nawet klecha, który nie miał święcenia kapłańskiego. W pomnikach ówczesnych znajdujemy ślady wyraźne, że taki klecha, jak miał spór o dziesięcinę lub jaką należność z kmieciami, brał stułę, dzwonek, książkę i z zapaloną świecą do (chaty wieśniaka przychodził. Podzwoniwszy chwilę, odczytał formułę straszną klątwy i świeczkę gasił. Obrzęd ten z początku przerażał wieśniaków, ale gdy spowszedniał, idącego klechę z klątwą, nim ją wypowiedział, opadali i tak skórę łoili, że zmykał co tchu na plebanię”* (K Wójcicki: Klątwa. Encyklopedia Powszechna S. Orgelbranda, Warszawa 1863; t. XIV, s. 749)

Dziesięcina przestała być powodem do rzucania klątw dopiero w roku 1750, kiedy to na jej temat wybuchł spór między niejakim Szamockim, adwokatem trybunalskim, a jego proboszczem. Proboszcz skierował sprawę do sądu kościelnego. Szamocki znowu zaskarżył proboszcza do świeckiego sądu ziemskiego twierdząc, że do rozstrzygania podobnych spraw uprawnione są jedynie sądy państwowe. Sprawa oparła się o Rzym. Papież, widząc poparcie całej szlachty dla Szamockiego i nie chcąc tracić "katolickiej Polski", uznał jego rację. Odtąd wszystkie sprawy pieniężne, testamentowe i dziesięcinne przeszły do sądów świeckich. Odtąd też wymknęła się kościołowi z rąk okazja do szermowania na prawo i na lewo bronią klątwy.

Klątwa i interdykt były w ręku kościoła instrumentem w walce o utrzymanie się przy władzy i przy bogactwie. Chrześcijaństwo, powstałe w okresie kryzysu społeczeństwa niewolniczego, uświęcało i usprawiedliwiało ustrój niewolniczy, broniło praw pana do niewolnika.

Najwyższe autorytety kościelne dowodziły, że niewolnictwo jest karą za grzechy, karą zesłaną przez Boga, a więc karą, którą - jeżeli chce się być zbawionym - trzeba z pokorą i z uśmiechem znosić.

Jakikolwiek bunt czy protest przeciw takiemu stanowi był uznawany za bunt przeciw wierze, religii i Bogu, a więc i za najcięższe przestępstwo zasługujące na najwyższą karę.

 

 Kościół, wykorzystując z jednej strony swoją umysłową i materialną przewagę nad masami społeczeństwa a z drugiej strony grając na fanatyzmie religijnym, nieświadomości i zacofaniu tych mas, każdemu aktowi buntu i sprzeciwu nadawał charakter religijny, wmawiał wszystkim, że walka z uciskiem i wyzyskiem jest podniesieniem ręki na Boga.

Gdy chłop lub szlachcic nie chciał płacić dziesięciny czy świętopietrza, gdy nowo zaślubiona nie oddawała swojej pierwszej nocy plebanowi, gdy chłopi uciekali z folwarków proboszcza, gdy kupiec handlował ałunem tureckim, gdy król nie chciał dopuścić na biskupstwo szpiega krzyżackiego, gdy książę żądał złota kościelnego na obronę kraju –

nazywano to walką z Bogiem i stosowano najsurowsze kary.

Wymienione fakty stosowania klątwy i interdyktu oraz oporu przeciw tym karom, fakty zaczerpnięte z dzieł historycznych i wydawnictw źródłowych, oparte na dokumentach archiwalnych i badaniach historycznych, w głównej mierze dotyczą okresu feudalizmu.

 

W okresie tym motorem całego życia politycznego, gospodarczego i umysłowego jest zasadnicze przeciwieństwo, zasadniczy antagonizm: walka klasowa chłopów przeciw feudałom, sprzeczność interesów wszystkich odłamów szlachty, magnaterii i duchowieństwa, ciągnących zyski z darmowej chłopskiej pracy - a interesami mas chłopskich. Podłożem, na którym w epoce feudalizmu rodziła się chłopska walka klasowa, był ucisk i wyzysk. Od XI wieku głównymi klasami antagonistycznymi w Polsce byli zależni chłopi i panujący feudałowie. Dlatego też główna linia walki klasowej w tym okresie przebiega między tymi klasami. Ucisk i wyzysk chłopa osiąga swoją szczytową formę w wiekach XVII i XVIII, kiedy to względnie znośna dotychczas renta czynszowa (pieniężna), umożliwiająca chłopu pewną swobodę poruszania się i dysponowania swoją osobą po wywiązaniu się z należności wobec pana - przechodzi w rentę odróbkową, w pańszczyznę, będącą podstawą gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej - od dwu do trzech dni w tygodniu w końcu XVI w. do czterech, sześciu dni w wieku XVII.

 

Ta przebudowa gospodarki wiejskiej, polegająca na wzmożonej organizacji nowych pańskich gospodarstw folwarcznych, spowodowała ogromne pogorszenie sytuacji gospodarczej i politycznej chłopstwa. Pozostawione chłopom działki ledwie starczyły na nędzne utrzymanie. Szlachta powiększała stale ilość dni pańszczyzny. W drugiej połowie XVI wieku wzmagają się wpływy magnaterii, właścicieli wiejskich latyfundiów, szczególnie po unii lubelskiej, kiedy to otwieraj ą się szerokie możliwości ekspansji na wschód. Nieliczna garstka magnatów, "królewiąt", zdobywa absolutną przewagę w kraju. Pociąga to za sobą dalsze pogarszanie się doli chłopa - wspominany wzrost dni pańszczyźnianych w tygodniu. Oprócz tego zmuszano chłopa do wielu prac i danin dodatkowych. Poddaństwo chłopa niewiele już różniło się od niewolnictwa. Ten wsteczny charakter gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej szedł w parze z kryzysem ustroju politycznego Polski szlacheckiej. Rozbita na wielką ilość “państewek" feudalnych, Polska wkroczyła w okres rozkładu jedności państwowej. Obok magnatów świeckich główną rolę odgrywali magnaci kościelni, biskupi, opaci i przeorzy klasztorów. Również niższy kler w większości starał się podporządkować interesom swoich zwierzchników. Kler skupiał w swoim ręku olbrzymie dobra i bogactwa. Przeciwko zaostrzającym się coraz bardziej formom wyzysku i ucisku chłopi prowadzili zaciętą i uporczywą walkę. Byli oni wówczas główną siłą walczącą o postęp, przygotowującą grunt pod nowy, bardziej sprawiedliwy układ stosunków społeczno-gospodarczych, byli siłą walczącą przeciw antynarodowej postawie magnaterii o stworzenie możliwości rozwojowych dla państwa. Sposoby walki chłopskiej były różne. Chłopi zmniejszali wydajność pracy na pańskim, zbiegali z pańskiego masowo i indywidualnie, wreszcie stosowali najwyższą formę walki klasowej w epoce feudalizmu: powstania i bunty. "W różnych osadach... dochodziło do czynnego oporu, który się tragicznie kończył"*. (M. Bobrzyński: “Dzieje Polski w zarysie”. Wyd. IV. 1927 t. II, s. 37)

 

Magnateria i służąca jej szlachta nie przebierały w środkach w walce z budzącym się ruchem wyzwoleńczym chłopstwa. Więzienie, kary cielesne, nawet walka zbrojna - oto metody tej walki.

Starano się zbuntowanych i chłopów-powstańców przedstawić jako wrogów ludzkości, zatruwających studnie i rzeki, walczących z kościołem i Bogiem, jako heretyków.

W tej walce o utrzymanie chłopa w poddaństwie i przywiązaniu go do pańszczyźnianej ziemi walną pomocą służył szlachcie i magnaterii kościół katolicki. Kler z kazalnicy i w konfesjonale, na misjach i odpustach głosił konieczność pogodzenia się z wyzyskiem, nędzą i krzywdą, pod groźbą ognia piekielnego zabraniał myśleć o jakichkolwiek próbach zmiany istniejącego stanu rzeczy.

Poddaństwo było uważane za najświętszy nakaz boży, którego złamanie było równoznaczne z porwaniem się na wiarę i Boga.

Kościół, mając na względzie przede wszystkim swoje interesy klasowe, podtrzymując ciemnotę i szerząc fanatyzm religijny,

umacniał wśród mas poczucie bezsilności wobec istniejącego ustroju.

Na każdą wątpliwość miał gotową odpowiedź:

TAKA JEST WOLA BOŻA.

A kiedy “nauki" te nie trafiały do przekonania opornych, wkraczał czynnie. Jak już wspomnieliśmy, dochodziło do tego, że biskupi zawierali umowy o wzajemnym wydawaniu sobie zbiegów.

Kiedy i to nie pomagało, kościół uruchamiał swoje oddziały wojskowe, jak w walce z Kostką Napierskim.

Najczęściej stosowaną, najbardziej nieludzką formą walki kościoła z opornymi była klątwa.

Klątwą kościół poskramiał tych wszystkich, którzy ten ustrój chcieli zmienić lub choćby tylko naruszyć. Groźba klątwy trzymała ludzi w obłędnym strachu szczególnie wtedy, kiedy na straży jej wykonania stała władza świecka.

 Przytoczyliśmy kilka wypadków rzucania klątwy również na szlachtę, magnatów, książąt i królów. Kiedy magnaci i książęta usiłowali wkraczać na podwórko kościelne, zagrażać klasowym interesom feudałów duchownych, sięgać do kiesy kleru, wtedy Rzym i na nich rzucał klątwy.

Ale kiedy podnosiły głowę warstwy uciskane - wspólny wróg książąt świeckich i kościelnych, wspólny obiekt wyzysku i ucisku - wówczas magnateria świecka i duchowna podawały sobie ręce do wspólnej z nimi walki.

Dla oceny tego okresu i roli w nim papiestwa nie jest najważniejsze, który miecz był silniejszy, i "wyznaczony przez Boga" do rządzenia: duchowny czy świecki, ale to, że kościół związał się z feudałami przeciw chłopstwu i hasłami religii sankcjonował feudalny wyzysk, a feudałowie świeccy swoim aparatem ucisku prawami i wojskiem zażarcie tego ustroju bronili, tego ustroju, którego jednym z głównych członków wyzyskujących i na nim pasożytujących był Kościół.

 

Więcej w nadesłanej publikacji.


Dzieje kościoła to nie tylko „ewangelizacja z zabronioną przez Jezusa  tradycją ale również nadużycie EWANGELII dla celów wzbogacania się za każdą cenę kłamstwem, podstępem, wojnami czy paleniem na stosie.

Bóg w Trójcy Świętej tego zabraniał!.

 Dekalog zabraniał zabijania, klątw, ekskomunik, służenia mamonie i wszystkich tych nadużyć, kłamstw i fałszerstw o których świadczy historia kościoła.

Kościół nigdy nie dokonał samooczyszczenia, potępienia „świętych kanonów inkwizycyjnych”, zadośćuczynienia za popełnione przestępstwa.

Nadal uzurpuje sobie prawo do panowania nad światem, wszystkimi narodami i każdym człowiekiem.

Polska jest  krajem tolerancyjnym, w którym wolno obywatelom wierzyć lub nie wierzyć w Boga, można przekonywać ludzi, że Bóg istnieje, ale można ich również przekonywać — i to czynią ludzie nauki — że Boga nie ma lub nic nie wskazuje aby istniał,

że również wymyślili Go sami ludzie.

 

 Nikt z tytułu swoich wierzeń i przekonań nie jest i nie może być prześladowany, upokarzany, zastraszany, szykanowany, ekskomunikowany  pod warunkiem;

 

że nie będzie wykorzystywać swych przekonań i poglądów do działań wrogich przeciwko drugiemu człowiekowi.

 

Niestety nadal w obowiązującym prawie kanonicznym nie wykreślono zapisu rzucania „klątwy” kościelnej, ekskomuniki, orzekaniu o opętaniach diabelskich”, wykonywaniu egzorcyzmów bez udziału lekarza a całkowicie zakazanych w innych krajach chrześcijańskich jak Niemcy, Holandia oraz kar kanonicznych za osobiste poglądy, co jest sprzeczne z obowiązującą Konstytucją obowiązującą w POLSCE.

 

Każda działalność publiczna obwarowana jest prawem posiadania zezwolenia i zarejestrowania oraz posiadania uprawnień i prawa wykonywania zawodu wydanego przez organy państwowe.

 

Młode wykształcone pokolenia muszą zadbać aby nie doszło już więcej do rzucenia „klątwy kościelnej” i zastraszania wiernych oraz księży,

do „orzekania o kościelnych opętaniach diabelskich bez posiadania wykształcenia medycznego i prawa państwowego wykonywania tychże obrzędów.

 

, siania fanatyzmu i nietolerancji religijnej, ogłupiania zabobonami i straszenia piekłem.

 

Bo jest to naruszenie dóbr osobistych każdego wolnego człowieka  zagwarantowanych  konstytucyjnie, oraz zagwarantowanej wolności słowa i nieskrępowanego myślenia i tworzenia..

 

NA MOCY KONKORDATU KOŚCIÓL ZOBOWIĄZANY JEST PRZESTRZEGAĆ PRAWODAWSTWA POLSKIEGO.

 





Literatura nadesłana:

***KLIKNIJ***ks.Grzegorz Szamocki-Data narodzenia Jezusa Chrystusa.

***KLIKNIJ***BENEDYKT XVI-JEZUS z Nazaretu.

***KLIKNIJ***Robert A. Haasler-JEZUS CZŁOWIEK, KTÓRY NIE ISTNIAŁ. Pytania do Benedykta XVI.

***KLIKNIJ***Helen Ellerbe-Ciemna strona historii chrześcijaństwa.

***KLIKNIJ***ks.Sndrzej Nowicki-Chłopi a biskupi.

***KLIKNIJ***ks.Józef Siemek-Śladami klątwy.

***KLIKNIJ***Stanisław Krasowski-Watykan a Polska.

***KLIKNIJ***Janina Barycka-Stosunek kleru do państwa i oswiaty.

***KLIKNIJ***Mikołaj Kozakiewicz-O tolerancji i swobodzie sumienia.

***KLIKNIJ***Tadeusz Breza- Spiżowa Brama.

***KLIKNIJ***Hubertus Młynarek-Zakaz Myślenia.

***KLIKNIJ***Dominikanie Inkwizytorzy-Młot na czarownice_1614r.

***KLIKNIJ***Lesław-Żukowski-Największe mistyfikacje w dziejach kościoła.

***KLIKNIJ***Deidre Maniford-Fatima i wielki spisek.

***KLIKNIJ***Karlheinz Deschner-Krzyż Pański z Kościołem.

***KLIKNIJ***A.T.Jones-Duch Papiestwa.

***KLIKNIJ***Eric Lacanau / Paolo Luca-Grzeszni papieże.

***KLIKNIJ***ks.Grzegorz Szamocki-Data narodzenia Jezusa Chrystusa.

***KLIKNIJ***Peter Godman-Tajemnice Inkwizycji.

***KLIKNIJ***Felicitas D.Goodman-EGZORCYZMY Anneliese Michel.

***KLIKNIJ***Herve Rousseau-Bóg zła.

***KLIKNIJ***Lecomte Bernard-Tajemnice watykanu

***KLIKNIJ***Mario guarino-Bankierzy Boga.

***KLIKNIJ***Lecomte Bernard-Tajemnice watykanu

***KLIKNIJ***Irena Koberdowa-"Watykan a Powstanie Styczniowe"

***KLIKNIJ***Karlheinz Deschner- Polityka papieska w XX wieku tom 1.

***KLIKNIJ***Karlheinz Deschner- Polityka papieska w XX wieku tom 2.

***KLIKNIJ***ANDRZEJ NOWICKI- PAPIEŻE PRZECIW POLSCE.

***KLIKNIJ***Karlheinz Deschner- I znowu zapiał kur tom 1.

***KLIKNIJ***Karlheinz Deschner- I znowu zapiał kur tom 2.

***KLIKNIJ***Karlheinz Deschner- Kryminalna historia chrześcijaństwa tom 5.

***KLIKNIJ***ANDRZEJ NOWICKI- PAPIEŻE 100 lat zatargów z papieżami w POLSCE.

***KLIKNIJ*** 10 lat KONKORDATU w POLSCE.

***KLIKNIJ***DOSKONAŁOŚĆ OFIARY JEZUSA CHRYSTUSA.

***KLIKNIJ***ANDRZEJ NOWICKI- O ŚWIĘTEJ INKWIZYCJI.



CHWAŁA I CZEŚĆ JEZUSOWI CHRYSTUSOWI KRÓLOWI POLSKI!


BEZPOŚREDNIE TRANSMISJE Z PUSTELNII NIEPOKALANÓW - POLSKA

ks.prof.dr.Piotra Natanka.

Kliknij poniżej na "TV-TIME" aby załadować.

TV-TIME


RAMOWY PROGRAM TRANSMISJI

BEZPOŚREDNICH /na żywo/:



14.30  Różaniec


15.00  Koronka do Miłosierdzia Bożego



15.15-16.00  Droga krzyżowa


18.00  Msza św. w dni powszednie

(w miarę możliwości z udziałem ks. Piotra)


19.30  Różaniec z modlitwami


20.30-21.00  Nowenna do Chrystusa Króla

z modlitwami


Każdego 27 dnia miesiąca

transmitowany będzie całodobowy

Różaniec Gietrzwałdzki.


Od każdej II niedzieli miesiąca


siedmiodniowe Jerycho Różańcowe.


10.00 Niedzielna Msza Święta w miarę

możliwości z udziałem ks. Piotra.